16 lis 2015

Seksualny weganizm, czyli jak to jest nie uprawiać seksu przez dwa miesiące i inne małe opowieści

Moja ulubiona historia z ostatniego czasu to jak Sowa podrywał laskę w klubie. Wypatrzył ją już wcześniej na koncercie, a później spotkał w Leadmillu na parkiecie, więc postanowił podbić. Podszedł do niej, dygnął, zauważyła go, poocierała się o niego zalotnie jak kotka, po czym Sowa zaproponował jej drinka. Wtedy laska otworzyła usta, zamachnęła się mu przed twarzą ręką z puszką piwa, zachwiała się drastycznie w pionie i Sowa zrozumiał, że jest napierdolona jak szpadel - Dzięki man!!! Mam swoją puszkę!!! - wrzasnęła mu w twarz zaciągając akcentem z Yorkshire i czknęła.

Są rzeczy, o których nikt ci nie mówi, jak wyjeżdżasz za granicę. Bałam się zupełnie czego innego, przede wszystkim bałam się, że nie znajdę pracy, albo że wyląduję z desperacji w jakimś magazynie z Rumunami, ubrana jak kondom w odzież ochronną, zamykając kartony z kanapkami przychodzące na taśmie z hali produkcyjnej, słuchając jak stary wąsaty Rumun z naprzeciwka mówi, że na pewno mam wielką pizdę i on to umie poznać po oczach. Tak kiedyś było i obiecałam sobie, że nigdy więcej. Bałam się też, że w całej Anglii, jak wyspa długa i szeroka, nie ma warzywniaka, i że jak tylko zacznę jeść tutejsze jedzenie to przytyję i zamienię się w Bukę do tego stopnia, że zacznę nosić burki. Pracę znalazłam dwie i to bardzo dobre, a warzywniaków jest tu więcej niż w Polsce, poza tym dość szybko wykupiłam pakiet członkowski na największe siłownie i baseny w Sheffield, więc zamiast tyć chudnę. Na dodatek przestałam praktycznie jeść mięso. W kawiarni, w której ku mojej wielkiej radości dostałam pracę, już po trzech tygodniach mogę gotować co mi się tylko podoba, więc robię wegańskie chili, domowe tahini, wymyślam hummusy i pesto, gotuję zupy, lepię wegańskie burgery i miksuję sosy. Ląduje to wszystko na tablicy ze specjałami tygodnia i ludzie kupują, a mnie rozsadza duma, kiedy smaruję wrapa własnej roboty hummusem z pieczonej marchewki ze skórką z pomarańczy. Uwielbiam moją szefową Carrie. Jest jakoś chwilę po pięćdziesiątce, ale zupełnie nie wygląda. Ma ogromne, głęboko osadzone oczy, a cała twarz jej się śmieje, każda zmarszczka to jest zmarszczka od uśmiechu. Jest dobra i serdeczna, ale bez tego brytyjskiego fałszu, który się czasami wyczuwa u ludzi będących z automatu mili, bo taki jest tu zwyczaj. Jak razem pracujemy to nie zamykają nam się gęby. Carrie czyta książki o rozwoju duchowym i codziennie przed pracą wstaje ok 6 rano i wyprowadza swoje dwa psy na spacer do lasu. Jeden z psów to bokser, który strasznie się ślini, drugi to głuchy, drobny dalmatyńczyk, który zawsze biega za bokserem, korzystając z jego słuchu i rozeznania w terenie. Podczas tych spacerów Carrie robi zdjęcia komórką - tutaj rosa na gałęzi, fioletowy kwiatek, szyszka, mgła na łące. Czasami mi je pokazuje, jeśli spacer był wyjątkowo udany. Co sobotę przychodzi do kawiarni grupa kobiet, które same siebie określają jako Klub Rozwódek, bo praktycznie wszystkie są po rozwodzie z wyjątkiem jednej, która nigdy za mąż nie wyszła. Prawie wszystkie też nazywają się Maggie, więc mówię na nie Małgośki. Jest tam też Pat, mała, drobna, ale żywiołowa kobieta w jasnych, krótkich włosach, która zawsze przychodzi z psem o imieniu Meg i uśmiecha się trochę jak Cheshire Cat z "Alicji w krainie czarów". Pat próbuje się nauczyć, jak powiedzieć "Cześć" po polsku. Gdy tylko mnie widzi mruży oczy, marszczy czoło, pokazuje mnie palcem i mówi - Shit!? - Cześć - poprawiam ją. - Sheeit? - Cześć - Sześć? - Yes Pat, that's almost it!


Nikt mi jednak nie powiedział, że tak bardzo będzie mi brakowało gadania po polsku, że jak już raz w tygodniu spotkam się z Sową, albo z Gośką i Szymonem, albo siądę z kimś na skajpie, to słowa będą się ze mnie wylewały jak ze strażackiego węża, pod ciśnieniem, odchylając mnie do tyłu, i kiedy ja będę brała oddech, Sowa albo Gośka będą łapać ten strumień, ten polski wąż naładowany slangiem, i opowiadać dalej, i wszystko to będzie brzmiało jak piękna bajka z dalekiej krainy bez yes i no za to z tak i nie i kurwa. Bez zastanawiania się, czy używasz odpowiedniego czasu, idiomu czy przymiotnika. Najbardziej lubię usiąść na ławce na wzniesieniu nad oświetlonymi nocami boiskami do piłki nożne, z placem zabaw za nami i meczetem w tle, patrzeć na rudych, czarnych i śniadych chłopaków, którzy w jaskrawych butach i koszulkach grają w piłkę, krzycząc, machając rękami, podczas gdy my z Sową rozmawiamy o agreście, trzepakach, koncertach na CRK i dziewczynach, a piłka co chwilę z hukiem odbija się od dzielącej nas od boiska wysokiej siatki. Nikt ci też nie mówi, jak bardzo będzie ci brakowało seksu. Wynikają z tego niekończące się dyskusje o sutkach, cyckach, lakierze do paznokci i damskiej bieliźnie. Wczoraj staliśmy z Sową w Aldi w kolejce do kasy. Sowa pokazał mi kasjerkę, którą kiedyś próbował poderwać, naklejając na kodzie kreskowym pudełka od lodów kartkę "czy się ze mną umówisz"? Dziewczyna, śniada, w rozpuszczonych czarnych włosach i zdaje mi się, że bez jednej górnej piątki, natrafiła na liścik, próbując zeskanować te lody. Uśmiechnęła się promiennie, bo Sowa brzydki nie jest, i powiedziała tak. Później jednak widział ją z rodziną gdzieś na ulicy i możliwość romansu prysła jak nieudane zaklęcie. Wczoraj, wykładając na taśmę mandarynki, ryż i orzechy, obczajaliśmy więc kasjerki w Aldi, bo to najtańszy angielski sklep i robimy tam zakupy na cały tydzień. Pokazałam Sowie moją ulubioną, która kiedyś zmierzyła mnie wzrokiem, jak stałam w ogromnej kolejce między jednymi gigantycznymi zakupami a drugimi, kupując jedynie butelkę San Miguela, bo była o połowę tańsza niż w sklepie koło domu. Blondynka z ciemno-brązowym odcieniem skóry i wkurwionym grymasem twarzy tylko musnęła nas wzrokiem, gdy po polsku komentowaliśmy jak koszula z logiem sklepu rozpina jej się o guzik za wcześnie. Ujrzałam nas wtedy z perspektywy lotu ptaka i zaśmiałam się szczerze. Polak w czapce z pomponem i jego koleżanka lesbijka obczajają kasjerki w Aldi. Pomyślałam, że to bardzo zabawne. 

3 komentarze:

Anna Maskota pisze...

Widzę, że się świetnie bawisz w uk :D
Pozdrawiam ;)

maggot pisze...

Na szczęście bawię się trochę mniej niż w Polsce, ale o to chodziło. UK jest zajebiste jak nie trafisz do jakiejś dziury bez primarka, gdzie je się głównie bułki z frytkami i majonezem. Duże miasta rulez!

Ancymonejro pisze...

Pióro jak zwykle lekkie jak piórko! Lubię czytać Panią Agatę ^^ ;)