29 sty 2014

Film do obiadu

Dzisiaj na śniadanie zjadłam obiad, a że według popularnego polskiego powiedzenia "obiad zjedzony, dzień zaliczony", nie powinno się już zbyt wiele wydarzyć. Próbowałam obejrzeć "Nashville" Altmana, ale stwierdziłam, że to raczej kino na mroźne wieczory pod kocem, puściłam więc sobie "Ludzi boga", mając nadzieję na lekkostrawne przeżycie duchowe instant, ale wykwitły mi francuskie napisy i musiałam się poddać. To taki typowy zimowy dzień, kiedy kończy ci się sezon serialu i potrzebujesz na szybko czegoś, co pomoże ci dzielnie i heroicznie zabić trochę czasu w sposób nie kojarzący się do końca z marnotrawstwem, ale też nie angażujący zbyt dużych obszarów kory mózgowej. Nie wiem, czy wy też musicie mieć zawsze ustawiony film do obiadu, ale ja bez tego nie mogę spokojnie jeść. Jedna przyjemność to za mało, muszę mieć dwie na raz i chuj. Pamiętam taką scenę z "Beavisa i Buttheada", jak któryś z nich trafia na pustynię i mdleje z odwodnienia, po czym przed oczami przelatuje mu całe jego życie. Są to ni mniej ni więcej scenki rodzajowe z oglądania telewizji z najlepszym kolegą nad kartonem po pizzy pełnym chlebowych skórek, różniące się tylko miejscem w chronologii jego życia i typem trądziku na twarzy. Jestem świadoma tego momentu dnia, kiedy małe przyjemności budzą monstrualne wyrzuty sumienia, ponieważ mogłabyś przecież teraz robić karierę, zamiast opierdalać mielonego nad serialem, który średnio lubisz, ale wszystkie przesłanki wokoło usprawiedliwiają zachowania hedonistyczne. Osobiście rzucam się jak lew na artykuły w prasie codziennej i magazynach o tym, jak bardzo jesteśmy pokoleniem bez szans, jak ludzie utrzymują dwójkę dzieci z dwóch najniższych pensji krajowych na wynajmowanym mieszkaniu, jak nie możemy się spodziewać godnych emerytur ani własnych mieszkań, jak bardzo programy dofinansowujące kupno chaty nie są skierowane do mnie ("Rodzina na swoim"? Rodzina?), po czym zagryzam to opiniotwórczymi felietonami Żulczyka czy Masłowskiej, za którymi niesie się echo całkowitego zatracenia się stabilnego świata mocnych, prostych wartości jak w "Chłopach" Reymonta, zastąpione chaosem nieprzesianej informacji o tym, co się dzieje na Ukrainie oraz co kto dzisiaj zjadł na obiad oraz na deser. Po czy śni ci się zdjęcie z Instagrama ukazujące monitor bieżni, na której koleżanka przebiegła 10 kilometrów, chociaż ty już po trzech masz kolkę. Niepokoje całego pokolenia oprószone są kruszonką z małych, dających jakąś tam satysfakcję przyjemności, chociaż cały czas towarzyszą nam skrajne emocje, strach, niepewność, histeryczne rozbawienie, wymieszane w kotle nową chochlą z Ikei. Najbardziej boję się ładnych przedmiotów. Wpadł mi ostatnio w ręce archiwalny numer "Wysokich Obcasów", gdzie znalazłam dział "Wzornictwo przemysłowe", a tam zdjęcia krzeseł, stołów i wazonów tak bardzo odbiegające stylem od współczesnego, wyrafinowanego designu, że dopiero przy takiej konfrontacji zdałam sobie sprawę, jak bardzo ruszyliśmy z kopyta w stronę stylowej, oryginalnej otoczki dla naszego chwiejącego się u podstaw socjalnych życia w tak niegdyś szarej Polsce. Bardzo dobrze, że istnieją intratne sposoby na tworzenie rzeczy ładnych, a jednocześnie przydatnych, że jakieś tam rzemiosło ma jeszcze sens, ponieważ nie ma większej satysfakcji niż zrobić coś własnymi rękami, chociaż to stwierdzenie nieodparcie kojarzy się z masturbacją. Ładne przedmioty kojarzą mi się jednak głównie ze statusem życia, którego nigdy nie osiągnę, musząc się zadowalać statusem na Facebooku, gdzie walutą są uniesione kciuki. Dlatego organizuję sobie życie wokół małych przyjemności, zdając sobie jednocześnie sprawę, że razem ze swoimi nawykami i hedonistyczną motywacją coraz bardziej zapuszczam korzenie w lumpenproletariackiej glebie, w której rośnie chudziutka marchewka i malutkie główki czosnku. Dlatego tak dobrze ogląda mi się "Shameless". Nie lubiłam kiedyś tego serialu, czasami jest tak chujowo zmontowany, że opadają ręce, ale opisuje małe radości, jakie daje wspólnota socjalnego getta, i wszystkie te przerysowane sposoby, żeby utrzymać się na powierzchni. Podgwizdując pod nosem refren o braku nadziei na lepszą przyszłość, można wcisnąć sobie w usta naprawdę dobrą zwrotkę, bo, jak powtarza ostatnio chyba każdy, "kto bogatemu zabroni". Tak jak ostatnio w barze pijany koleś śpiewał z kolegą "Marzeniami żyłem jak król, siódma rano zamykano mnie". Skoro już siedzisz po szyję w morzu beznadziei, spoglądając z drżeniem serca w umalowane skrupulatnie oko Zagranicy, gdzie czeka cię szopenowy smutek (co ładnie ostatnio zobrazowała Linda tu: http://lindacieniawska.blogspot.co.uk/2014/01/blog-post_27.html) i zdolność kredytowa, to czemu by się chociaż nie popluskać? W końcu nie siedzisz tam sam, a jak zamkniesz oczy, to możesz sobie wyobrazić, że jesteś na wakacjach. Zupełnie jak na basenie zewnętrznym w aquaparku, gdzie chodzę na masaż wodny pod ciśnieniem, a nad lazurową wodą unosi się mgiełka zasłaniająca ci widok na dalej niż metr. To na pewno bliżej niż Tunezja i taniej niż oferty last minute. Stąd też postuluję retorykę małych przyjemności, rekompensat za brak stabilizacji spędzających ci sen z powiek, bo lepiej ustroić się w bibułę niż dać sobie wyrwać wszystkie piórka. Film do obiadu, piwko przed świętami, płyn do płukania tkanin, basen, bieżnia, rower czy obiad z czterech pospolitych składników i jednego drogiego jak chuj. Nie dawajcie się zimie i mrokom nocy.

22 sty 2014

Dżju dżitsu dżendżer

Nie jest łatwo być lesbą w czasach queer, dżendżer, szczekających maszyn rolniczych w koloratkach, rzucania w siebie nawzajem mięsem religii i wkładania czegoś tam w coś tam, wokół czego podobno również jak natrętny bąk krąży ideologia, oczywiście do bólu lewacka. Lewacki bąk podgryza nogi krowie konserwatywnych wartości, która wali kupy większe niż niemowlęta. Przerasta mnie dyskusja publiczna w Polsce, zwyczajnie szkoda mi na nią czasu. Podobno Anna Grodzka zapisała się do ruchu "Stop ideologii gender" argumentując, że gender to nie jest ideologia, tylko nauka. I dobrze, tylko ta nauka wydostała się z podręczników i pism akademickich w sam środek afery światopoglądowej, toczącej się nieprzerwanie i bez sensu w Polsce jak walka o najlepszy kawałek pieczonego kurczaka. Żyjemy w dziwnym kraju, częściowo przeżartym nienawiścią, która jedyne czego potrzebuje, to odpowiedniego drogowskazu, czego tak mocno nienawidzimy w tym sezonie. W ostatnich kilku sezonach była moda na obśmiewanie hipsterstwa, ale teraz nikt się już nie przyznaje do bycia hipsterem, ewentualnie zarośniętym długą brodą folkowym śpiewakiem z tatuażami na przedramionach, trochę takim drwalem, który nie potrafi utrzymać toporka ani zagrać na gitarze, chociaż na harfie już by umiał, intuicyjnie, z pomocą wróżek. Podobnie jak rzadko kto jest lesbą, to słowo brzmi gorzej niż zakalec, kojarzy się z czymś bardzo starym i zarośniętym śliskim mchem plującym genitalnym jadem. Teraz co druga osoba jest queer, jest sobą, do bólu kości sobą, w pełnej krasie swojej "sobości". Kto by kurwa chciał byś sobą, przecież każdy chce być trochę kimś innym? Ja jestem Agatą, ty jesteś Zosią, ona jest Martą, i tak jedziemy na taczce swojej predestynacji świecąc się wkładem ulepionego z chujowego wosku indywidualizmu, który i tak wszyscy mają w dupie, bo jak jesteś lesbą z ładnymi cyckami, to jeszcze możemy ci wybaczyć, ale jak wyglądasz trochę jak chłopiec, to chętnie byśmy ci przyjebali, bo przecież w tym wypadku nie jesteś już kobietą. Po tym długim wstępie rozwinę przykład. Pracuję sobie w piątek na nocnej zmianie w normalnym stanie pomiędzy rozbawieniem a irytacją, rozkwitającym epizodami histerycznego śmiechu wśród pól kukurydzianych ludzkiej głupoty, i obsługuję jakichś wyjątkowo drażniących kolesi, którzy co minutę się przypominają, że nie dostali kiełbasy. Nawet nie jestem dla nich niemiła, raczej neutralna, empatyczna wręcz, bo kumam, jak bardzo może się czasami chcieć kiełbasy w środku nocy. I wtedy przy kasie, jedynym miejscem wymiany chamskich komentarzy między barmanami, oczywiście poza kuchnią, gdzie z kolei można krzyknąć i walnąć pięścią w ścianę, Nicole mówi, że typy cały czas się ze mnie śmieją za plecami. Coś w stylu zajebałbym lesbę i pokazałbym jej, gdzie jest miejsce mojego kutasa w hierarchii tego świata. Imperium kutasa atakuje lesbę, która rucha nasze kobiety. Cycki są dla nas, a dla ciebie są łagry. I to nie jest tak, że mnie nie wkurwiają pewni ludzie. Irytują mnie nabuzowani kolesie szukający zaczepki po trzech kreskach koksu zrobionych na desce klozetowej, irytują mnie panowie z guzem na czole żądający wódki, za którą nie chcą zapłacić, bo halo, nie widzisz, dostałem wpierdol, lej mi wódki! Wódka natychmiast! Irytują mnie pozerzy, którzy dbają o swój wygląd bardziej niż o pokój na świecie. Bla bla. Każdy ma swoje uprzedzenia, które działają automatycznie i można się po prostu ugryźć w język. Można się nawet polubić i nie dać się im omotać, bo nakręcają spiralę nienawiści, która naprawdę kręci się sama siłą odśrodkową i nie potrzebuje jeszcze paliwa z twojego jadu. Nie żądam tolerancji, bo tolerancji się nie żąda, ale drogi idioto przy barze, skoro postanowiłeś mnie nienawidzić za mordę i to, co sobą reprezentuję w twoich oczach, to zwyczajnie zatrzymaj to dla siebie. Zamiast tego musisz kłapać tą swoją japą, czując się bezkarnie, bo co ci zrobią dwie laski zza baru. Bezkarnie jednak nie było, bo od tygodnia rezyduje u nas ochroniarz, który razem z chłopakami z Poziomu "zrobił z tym porządek". W ruch poszły pięści, zadające bolesne ciosy nie pozostawiające śladu, oraz gaz łzawiący. Najzabawniejsze było to, że najbardziej pyskaty z tych trzech kolesi wrócił pod Ambasadę z policją, mażąc się jak dziecko, że ochroniarze pobili go za nic. Policja na pełnej wyjebce spisała zeznania, po czym koleś dostał kolejny wpierdol od klientów, którzy stanęli po mojej stronie, a na koniec Maciek oblał go podwójną whisky. Kłamałabym mówiąc, że nie poczułam satysfakcji, i była to satysfakcja jak gorąca herbata w zimowy wieczór, jak zmięty banknot znaleziony pod stolikiem. Pracując za barem odbijasz upokorzenia mocnym backhandem, ale kiedy raz na jakiś czas trafi ci się akt sprawiedliwości z odrobiną słusznej przemocy w tle, to serce rośnie jak po lekturze epopei narodowej. Zresztą ja nie mam na co narzekać, najgorzej chyba mają atrakcyjne dziewczęta, które muszą słuchać, jak to by ich koleś nie wypierdolił z kolegami we wszystkie dziury. Poproszę wódkę i twój numer, a mogłabyś mi wytrzeć stolik, bo się klei? (mogłabyś mi wytrzeć dupę, bo się obsrałem?). Świat pijanych ludzi to terrarium, który lepiej oglądać jak osobliwość natury, pamiętając, że gatunki w nim żerujące idą spać nad ranem i wtedy nie są już groźne. W nocy co najwyżej nakłapią się mordą jak dwoma kawałkami drewienka, a ty masz słyszeć tylko zamówienie, a później już tylko kłap kłap kłap. Tak jest najbezpieczniej.

A rano, gdy przychodzi do sprzątania tego burdelu, zawalonego najdziwniejszymi gadżetami, jakie możesz sobie wyobrazić, od broszek z papugą po tampona z urwanym sznureczkiem, czujesz się, jakbyś faktycznie sprzątał terrarium po gadach. Gdy w niedzielę rano przyszło do sprzątania kibla, co w sumie robię chętnie, bo w jakiś tajemniczy sposób mnie to relaksuje, Piotrek oznajmił, że nie mam się czego bać, nigdzie nie ma kupy ani rzygów. A jednak były, trzy małe bobki, jakby ktoś przyniósł je z lasu z legowiska sarny, kopnięte pod sedes, w tym jeden rozdeptany. Ludzie nie przestają mnie zaskakiwać. Podobno takie się robi po diecie z wafli ryżowych. Czekam na opinie.

17 sty 2014

7 sty 2014

Dziura od prądu, czyli dlaczego poniedziałek jest trochę czwartkiem

Nie lubię poniedziałków. Nie, to nieprawda. Dla pracownika gastronomii poniedziałki są super, są jak głęboki wdech po wynurzeniu się z odmętów weekendu, jak rekonwalescencja po potyczkach z demonami tego narodu, opanowującymi scenerię dużych miast w piątkowe i sobotnie noce, nawiedzających ludzi na nieświadomce zwierzęcym głodem, niewyjaśnioną wściekłością, urywanym płaczem i subtelnymi upadkami najpierw na kolana, później na ryj. Poniedziałki są spokojne jak babcia Jadzia robiąca na drutach przed snem, wyluzowana, bo wydała już obiad i nakarmiła całą rodzinę razem z kotami i wyrzuciła do kompostownika obierki po ziemniakach. To jest ta myśl, którą trochę się oszukujesz, nieważne ile już lat zarabiasz laniem browara, wódki i coli w spragnione gardła krajan, ponieważ pierwszą cechą pracy za barem jest nieprzewidywalność. Nie znasz dnia ani godziny, w najspokojniejszym nawet momencie może przytrafić ci się latające krzesło, eksplodujący kibel czy obnażone męskie prącie. Dzisiaj szłam do pracy z nastawieniem poniedziałkowym. A tu kawkę sobie zrobię, wytrę sobie stolik, zmiotę paproszki, pośmieję się z Madzi, umyję trochę szklanek, a jak się zmęczę to pójdę do kibla i sobie chwilę posiedzę i popiszę smsy. Taaa. O kawce zapomniałam, jak tylko okazało się, że zostałam sama na barze, bo Mati oddalił się w swoich wielkich szarych ciuchach jak duch, żeby pożywić się jakimś mięsem i ziemniakami mówiąc, że zaraz przyjdzie Jacek. Jacek nie przyszedł, przyszli natomiast klienci, jak zwykle wszyscy naraz, ustawiając się w szesnastoosobową chaotyczną zbieraninę wzdłuż baru i łypiąc na mnie okiem, żebym wybrała właśnie ich jako pierwszych do nalania piwa. Zrobię tu małą dygresję, ponieważ to są bardzo ważne decyzje z punktu widzenia psychologii barowej. Po pierwsze jest naukowo udowodnione, że pierwszą osobą zwracającą twoją uwagę z tłumu nieznajomych jest wysoki lub łysy mężczyzna. Jeśli natomiast jest wysoki i łysy to prawdopodobnie wszędzie jest obsługiwany jako pierwszy, nie zdając sobie sprawy, jak wielki przywilej daje mu jego wygląd. Z tego powodu staram się zawsze kazać tym panom czekać trochę dłużej i w pewnym momencie zaczynają bardzo znacząco dyszeć i wychylać się w moją stronę jak żyrafa do drzewa, które rośnie za płotem. Kiedy już uznasz, że jesteś dobrym człowiekiem i dbasz o równouprawnienie trafiasz zazwyczaj na małą blondynkę, która ledwo wystaje podbródkiem ponad bar. I tu drugi punkt psychologii barowej, bardzo ważny. Jeśli jest świergocząco-pierdząco miła, ma zadbane paznokcie, obdarza cię uśmiechem, który jest jak promień słońca i pali cię w mordę, to prawdopodobnie zamówi jedną z trzech znienawidzonych przez każdego zalatanego barmana rzeczy: latte, herbatę albo mohito. Musisz szukać dziewczyn, które trochę zniechęcone piszą smsa albo obserwują cię z miną robocopa. Takie biorą po prostu piwo, ewentualnie z sokiem, i nawet nie potrzebują rurki. Starsi ludzie również bywają problematyczni, ponieważ, podobnie jak w środkach komunikacji miejskiej, oczekują specjalnego traktowania, stąd też obsługiwanie ich obfituje w przedłużające się formułki grzecznościowe, uśmiechy pełne pokoleniowych luk, często udaje im się również wcisnąć anegdotkę z brodą albo opowieść o tym, co robi ich syn, akurat teraz: zjadł gołąbki i drzemie. Koniec dygresji. Także zwalili mi się klienci na łeb, odsuwając moją kawę w krainę mrzonek, Jacka ciągle nie było i nie dało się do niego dodzwonić, bo w sylwestra zgubił baterię od telefonu, i nie ma ani telefonu, ani budzika, co w przypadku Jacka jest naprawdę problematyczne, określa go bowiem aura marzyciela, a najbardziej opisujący Jacka cytat brzmi: "Bo ja chciałbym być surferem". A wiadomo, że surferzy palą dużo zioła i żyją lekko i beztrosko jak wiórka kokosowa na torcie. Mateo poszedł, Jacek nie przyszedł, dzwonię więc do szefa i na ratunek przybywa najedzony Mateo, oczka ma jednak jakieś małe, spowite mglą szparki i charakteryzuje go szczery chichot, którym wybucha z lekkim opóźnieniem, a także prowadzi radosne, zapowietrzone monologi, gubiąc co chwilę wątek. No to już wiem co jest i że pomoc wątła. Wtem pojawia się Jacek, zarośnięty ryżą brodą, prosto z krainy snów o surfowaniu, sunie anemicznie za bar, myje jedną szklankę będąc jeszcze w kurtce, zaczyna pracę, jesteśmy bezpieczni. Mogę iść zapalić i pomyśleć, ile wydarzyło się w przeciągu tych dwóch intensywnych godzin, o tym, jak płyta grzewcza, na której gotujemy ziemniaki, jebnęła Madzię piorunem, jak padły korki, wylała zmywarka i wbiła mi się pinezka w stopę. Oraz także jak nie potrafiłam wytłumaczyć szefowi przez telefon, co się zepsuło, bo zapomniałam nazwę "gniazdko" i tłumaczyłam, że nie działa ta dziura od prądu, rozumie pan, ta dziura nie działa! A Madzia, zamiast mi lingwistycznie przybyć z pomocą, krzyczała w tle: "I zmywarka wylewa, ze zmywarki się leje, niech przyjdzie i naprawi, ślizgam się!". Palę więc sobie fajkę, zasłużoną, więc się zbytnio nie kryję, i czuję, jak poniedziałkowe nastawienie ogarnia mnie znowu, co innego może się jeszcze wydarzyć, poza tym że będę spokojnie lać alkohol i rozdawać jedzenie, aż wybije północ i wrócę do domu? W międzyczasie w nowym lokalu naszych szefów gotują się dla nas ziemniaki na gzika z racji popsutej płyty, po czy Jacek niesie je przez trzysta metrów i częstuje nimi bezdomnych. "Nie kupię od pana tej książki, nie mam papierosa, ale mogę dać panu ziemniaka". Bezdomny bierze i je, jest całkiem zadowolony. Przełom następuje około 21, kiedy młoda, goła Cyganka paraduje po toalecie i wrzeszczy na ludzi, o czym donosi zszokowany klient-hiszpan-albo-włoch, opowiadając, że wszedł jej niechcący do kibla i zobaczył ją gołą, a ona jeszcze na niego nakrzyczała. Nikt za bardzo nie chce interweniować, Cyganka jednak wychodzi i brata się przed knajpą z żulem od ziemniaka, coś tam piją, coś tam palą, niby wszystko spoko, aż tu nagle słyszę, jak klient mówi: "A czy można by coś zrobić z tą osobą?". Okazuje się, że Cyganka zawitała z powrotem niepostrzeżenie w nasze progi i teraz próbuje uklepać z nim i jego kolegą seksualny interes, ściskając im dłonie i z entuzjazmem prezentując swoją osobę, napierając na nich biodrami i cyckami. Jest daleko poza krainą godności i poczytalności. Panowie się bronią i opędzają, aż w pewnym momencie Cyganka łapie jednego z nich za jajca, z całej siły ściska, facet robi się purpurowy na twarzy jak śliwka węgierka w sezonie, po czym ekstremalnie wkurwiony bierze ją na ręce, wierzgającą jak źrebak, i wyrzuca za drzwi. Dziewczyna dobija się jeszcze chwilę, całą masą ciała napierając na drzwi, facet krzyczy, żeby mu pomóc, bo baba jest wyjątkowo silna, w końcu ktoś ją odciąga na bok i daje jej kopa w dupę. Beata mówi: Widziałaś, jak go chwyciła za torbę? - Myślałam, że za jajca. - Agata, to jest to samo.

Na uczczenie końca poniedziałku i początku wtorku zacytuję moją mamę. Jedziemy w święta autem na wycieczkę, w radio leci "Blurred lines", na co mama pyta: - A o czym ONA śpiewa?

- O dziurze od prądu mamo, o dziurze od prądu.

4 sty 2014

Hobbit i samotna drzemka

Ludzie dzielą się na dwa typy: na takich, którzy lubią ekranizacje Tolkiena i tych, którzy niekoniecznie. Ponieważ na tych filmach od początku leży ręka Petera Jacksona, ciężko było zaskoczyć widzów nowym "Hobbitem". Nawet zeszłoroczny wyglądał jak młodszy, ale nieco bardziej rozgarnięty brat trzech części "Władcy Pierścieni", efekty wizualne powstawały w końcu prawie dekadę później. Mniej scenografii, więcej magii. Dlaczego więc ja tej magii nie czuję? Zastanawiałam się nad tym dzisiaj w kinie oglądając "Hobbita 2" w 3D i ziewając jak zionący ogniem Smaug, z tym że on zionął ogniem, a ja nudą. Pierwsza część była naprawdę w porządku, więcej scenek rodzajowych i mniej agresorów, została zachowana równowaga pomiędzy scenami walki a chwilami wytchnienia. Krasnale były pokazane bardziej humorystycznie, podkreślono ich cechy gatunkowe: apetyt, niski wzrost, bujne owłosienie twarzy i burzliwe temperamenty. Kraina elfów była magiczna, a wszystkie postaci ze Śródziemia barwne i wyraziste. I co najważniejsze, pojawiał się Gollum, najbardziej tragiczny z Hobbitów, opętany przez moc pierścienia, zagubiony w podziemiach jak pogrążony w amoku alkoholik, zupełnie oderwany od rzeczywistości. Scena gry w zgadywanki pomiędzy Gollumem i Bilbo była moją ulubioną sceną z jedynki, w dwójce natomiast najbardziej podobała mi się piętnastominutowa drzemka, którą sobie ucięłam, przegapiając tym samym genezę romansu krasnala z elficą. Ten wątek jest już zupełnie niedorzeczny, wyobrażam sobie burzę mózgów pomiędzy reżyserem, producentami i scenarzystami, próbującymi dokleić do fabuły "Hobbita" nieistniejący wątek miłosny, i wydaje mi się, że wymyślili go na spółkę koleś lubujący się w pornografii z tagiem "interracial" oraz niekochana przez męża 80-letnia pani bez czucia w genitaliach. Scena, gdy elfica uzdrawia Filiego jakimś chwastem wyrwanym z pyska świni, i gdy rozbłyska od płynącej w niej magii (Anka mówi, że to pierwsza i ostatni scena seksu w Śródziemiu), jest równie zła jak moment, gdy Gandalf patrzy w oko Saurona i wrzeszczy "AAAAA!!!!", aż się prosząc, żeby go zapętlić i wrzucić do internetu ze skandynawskim metalem w tle. I tak najlepiej z 24 godziny jako tortura dla złapanych z gramem marihuany nastolatków, którzy się jeszcze wahają, czy wydać swojego dilera. Nie mogę się doczekać memów z nowego Hobbita, i to nie dlatego, że hejtuję albo lubię hejtować, bo uwierzcie mi, wolę się zachwycać i dziwić światu. Jak dla mnie Hobbit 2 po prostu ocieka dwiema rzeczami: czystą rozrywką jak ciepły letni deszcz, ale tylko dla fanów batalistyki, gier komputerowych i nowatorskich efektów, i potrzebą wyciśnięcia jak największego hajsu z krótkiej opowieści na dobranoc na maksymalnie cztery noce. Dygresje, dodatkowe intrygi spoza powieści, przedłużanie scen walki, kradną czas naprawdę ciekawym wątkom - jak przeprawa przez Mroczną Puszczę, pominięty motyw śpiączki jednego z krasnali, który mógł być naprawdę zabawny, czy wizyta u Beorna, któremu z kolei scenarzyści nadali dobrą twarz, zapominając o jakimkolwiek profilu psychologicznym. Jednym słowem brakowało mi humoru i wątków obyczajowych, za które najbardziej lubię fantastykę, ponieważ dosadnie oddają niesamowitość świata, który ma nas przecież na chwilę chociaż oderwać od codziennej rutyny. Wiem, że większość ludzi jest zadowolona, i cieszę się, że podobał im się film i wydali hajs na godziwą ich zdaniem rozrywkę, bo w kategorii rozrywki jest to godziwe dzieło. Osobiście jednak uważam, że status Tolkiena jako autora kultowego zobowiązuje i nie godne jest zamieniać dzieła jego życia w tak oczywistą maszynkę do robienia hajsu. 303 miliony razy trzy to przecież o wiele więcej niż 303 miliony razy dwa, jednak brzęk monet staje się w drugiej części zbyt natrętny, żeby nie dało się go nie słyszeć. Wnętrze Samotnej Góry wypełnione skarbami staje się niestety smutną metaforą motywacji Jacksona i ekipy: hajs, hajs, hajs. Brzdęk, brzdęk, brzdęk. Pin i zielony, może być pay passem.