22 mar 2017

Trainspotting 2. Wiek męski, wiek klęski

Kiedy mieszkałam jakiś czas temu w Szkocji, próbowałam z siebie poprawnie wyburczeć nazwę miasta Edinburgh. Zdążyłam już je odwiedzić, zobaczyć je latem,  z całą zielenią Georges Square obłożoną wylegującymi się ludźmi, siorbiącymi zimne napoje z plastikowych kubków i puszek. Imponujące, przepiękne miasto, nad którym góruje niedorzeczne, renesansowe zamczysko, dziwiło też wymową swojej nazwy. Kazali mi powtarzać EDINBRA, a ja zupełnie nie kumałam dlaczego. Chodziłam jednak jego ulicami i próbowałam odnaleźć tę, po której w jednej z pierwszych scen „Trainspotting” ucieka Mark Renton. Śmiałam się z twórców „Human Traffic”, którzy próbowali opowiedzieć podobna historię – nocne życie, dragi, emocjonalnie niedojrzali ludzie. Tron był już dawno obsadzony, sorry ziomki.

Rozumiem, że można zrobić sequel „Szybkich i wściekłych”, można wskrzeszać „Terminatora” albo kolejny raz kręcić ekranizację powieści Jane Austen. Ale dlaczego ktoś dał zielone światło na „Trainspotting 2” - nie mogę zrozumieć.  Co będzie następne? „Pulp Fiction ”, „Mechaniczna Pomarańcza”, „Fight Club”? To są filmy, które mają status kultowych, do tego jest to kino autorskie, przynależne do swojej dekady, opowiadające zamknięte historie. Bez miejsca na nowe początki, traktat o rozczarowaniu życiem i zaglądanie pod ostatnie falbanki, które czyniły je, mimo pewnej rozliczeniowości, fajnymi. Nie mogę pogodzić się z dwiema rzeczami – że ten film powstał i że go obejrzałam. Nie mam w głowie funkcji delete, więc zwyczajnie spierdolili mi dzieciństwo.

Czyli co, tak już teraz będzie? Będziemy się starzeć, będą nam wysiadały organy, najebka zawsze będzie się kończyła kilkudniowym kacem, zostało nam jakieś zero pierwszych razów, bo spróbowaliśmy już wszystkich narkotyków, euforia tylko chemiczna, legion ludzi, których rozczarowaliśmy i którym złamaliśmy serca, śpiewający w naszych snach smutne, popowe piosenki? Nie poczytamy z zapartym tchem Edgara Allana Poe, nie nabierzemy się na etos zespołów rockowych, może nawet nigdy się już nie zakochamy? Czy zaczęła się dla nas epoka negacji, narzekania na młodsze pokolenia, nasz wiek męski, wiek klęski? Czy to tylko strach przed czasem, który zabiera nam urodę i złudzenia?

Od tygodnia mam niesmak. Mimo że filmowi spokojnie można dać solidne 6 na 10, McGregorowi nie można zbyt wiele zarzucić poza tym, że zrobił się trochę lalusiowaty, to brakuje temu filmowi wiarygodności. Kiedy Sick Boy wygłaszał swoje tyrady o Jamesie Bondzie, Francis Bagby rzucał kuflami prowokując bojki barowe kosztem czyjejś facjaty, kiedy walili heroinowe strzały na brudnym dywanie u Matki Przełożonej, to wszystko było spójne i budowało historię o kilku niezbyt czystych, uzależnionych gościach o różnych temperamentach. Wychodziły z nich złe rzeczy, chujowe cechy ludzkie, nie można było na nich polegać, ale wierzyło się w to, kim są i co sobą reprezentują, wierzyło się w ich skarpety piłkarskie po kolana, spocone tiszerty, nieudane wycieczki w góry, litry wypitego browara i wypluwany po pijaku bełkot. Byli młodzi, bezczelni i pchali się wszędzie, gdzie się dało. Ale nawet Iggy Pop w 2017 ma już chyba dość. Nagle pojawia się sequel, w którym widać wyraźną 20-letnią dziurę, bo indywidualne historie tych kolesi kupy się nie trzymają, a nawet jeśli się trzymają, to idą z nią na dno bajora. Ani przez chwilę nie wierzę żadnemu z nich, że przez ostatnie 20 lat w ogóle istnieli. Są to niespójne twory, sztuczna inteligencja, wskrzeszone dla czyjegoś widzimisię, którym dopisało się jakąś przeszłość, ale tak naprawdę to spędzili ten czas na innych planach filmowych, na siłowni, biorąc śluby, rozwodząc się, jedząc hummus i martwiąc się łysiną. Renton powracający z Amsterdamu, gdzie pracował jako księgowy, a tak naprawdę kisił się w rutynie z dala od domu, aż minęło 20 lat i impulsem do powrotu był rozwód i pragnienie rozliczenia się z przeszłością? No nie wierzę w to. Pojawia się w tym Edynburgu z dupy i oni wszyscy są tam z dupy, ten Spud załamany, wiecznie zarzygany, Begbie, który stracił całą werwę i wygląda jak sympatyczny dziadzio z motyką na działeczce, a przecież siedzi 20 lat w więzieniu i akurat kiedy Renton wraca ten postanawia spierdolić, bo do rozwoju akcji potrzebny jest jakiś konflikt. Sick Boy, że niby teraz już Simon, jest karykaturą samego siebie, nikt nie jest w stanie wciągać tyle kokainy i przeżyć. Nie po 40tce. Boyle szyje tę narrację czasami ze sporym nawet wdziękiem, próbując uwspółcześnić swoją wizję lat 90tych, jest CCTV z kradzieży sklepowych, jest bieg, tym razem na siłowni, są retrospekcje łaskoczące widza sentymentem dzieciństwa i przynależności , jest monolog CHOOSE LIFE, który w ustach kolesia w wieku średnim brzmi już zupełnie inaczej i traci moc manifestu, jest też soundtrack nachalnie powtórzony i zremiksowany z oryginału, jakby Boyle rękami i nogami się zapierał, że nie ma zamiaru odtworzyć sukcesu pierwowzoru, że jest to tylko podróż sentymentalna i rozrachunek gówniarzy, którzy dorośli. Jest jeszcze druga opcja, mniej wesoła, że może ja się po prostu boję? Film, do którego wracam, przypominając sobie swoje pierwsze filmy z VHS, pierwsze zapamiętane nazwiska reżyserów, pliki ściągane tygodniami z emule aż pasek postępu śnił ci się po nocach – te pierwsze wielkie filmowe przeżycia, gdzie jednym z nich było „Trainspotting” – przypomina mi radość, którą ktoś atakuje – atakuje – sequelem oglądanym po 30tce. To ma jakiś związek z nadzieją. Nawet jeśli jesteś obleśnym ćpunkiem, nie kontrolujesz swojego zwieracza, to skala wyrządzonej przez ciebie i tobie krzywdy nie przesłania ci jeszcze widoków na przyszłość. „(…) gdy wiedza zniszczyła mój naiwny zachwyt” – jak pisze Joanna Bator – jest już trochę inaczej, towarzyszy ci ciężar, widmo cierpienia, śmierci, samotności i pustki, nijakości, bylejakości. Nie jesteś już bogiem, nie jesteś w zasadzie szczególnie ważny, twoi rodzice nie żyją, a jeśli żyją to myślisz o nich ze współczuciem i nawet jeśli jesteś akurat szczęśliwy to w ten lekko otępiający, dorosły sposób, wyrosły na świadomości ograniczeń, które ustawia przed tobą życie jak przeszkody w biegu przez płotki. I o jezu jak ten film tym atakuje, tą różnicą między młodością a dorosłością, tą przepastną, galaktyczną wyrwą. Może to jest jednak główna, podskórna oś konfliktu napędzającego „Trainspotting 2”, rozczarowanie, zawiedzione zaufanie, wiedza, która nie pozwala ci się już przywiązać do myśli o pławieniu się w szczęściu czy dobrobycie, bo to wszystko jest nietrwałe i złudne? Idea przyjemności przeplatana coraz większą nudą, emocjonalną stałą nie skaczącą wyżej niż o 2 stopnie,  twój pociąg wiezie cię nieuchronnie tam, gdzie wiezie wszystkich, a ty możesz próbować życiu wyszarpać jeszcze trochę słodyczy, której zawsze już będzie ci za mało. Czy nie, czy może się mylę? Może to jest tak naprawdę o tym i dlatego się to tak ciężko ogląda?


„Trainspotting 2” to film, który budzi we mnie złość. Ale też tęsknotę, taką co boli i o której wolę na co dzień nie pamiętać. Wspomnienia kiedy siedziałam na trawie za działkami, w pierwszy ciepły wiosenny dzień, i jarałam się na zabój Angeliną Jolie i Kubrickiem. Siedziałam tam z kolesiem, który nie jest już moim przyjacielem. I patrzyliśmy na pociągi. 

9 mar 2017

And the answer is pizza!



Ostatnie kilka miesięcy było ubogie w zdjęcia z dwóch powodów. Po pierwsze padł mi mój ukochany contax, którego nie mogę przeboleć, a po drugie pracowałam nad książką foto. Marzenie o jej wydaniu w końcu niedługo się spełni, ale sama praca nad książką to jest wielka niepewność, chaos, stres, wzloty i upadki, jedzenie błota i chujowe sny. Nie wiem czy da się to na spokojnie pogodzić z robieniem zdjęć, bo w pewnym momencie nie możesz już na nie patrzeć, a historia zazębia sie i tworzy mocno przypadkiem, jak rano idziesz do kibla i przykleja ci się do stopy jedno z dwustu zdjęć rozłożonych na podłodze w chaosie i przenosisz je w inne miejsce i nagle znajdujesz mu idealną parę. To czasami jest tak oczywiste, że potrzeba miesięcy gapienia się na wydruki, aż zaskoczy. To, co mam w tej chwili złożone, to najlepsza rzecz, jaką w życiu zrobiłam. Dookoła mnie rodzi się mnóstwo dzieci, a to będzie moje, ta nieszczęsna, spocona książka, efekt 10 lat pracy, rocznej emigracji zarobkowej i czterech miesięcy wątpliwości, które myślałam że doprowadzą mnie do szału. I ogromnej, nieocenionej pomocy moich przyjaciół. Wyczekujcie, będzie dobrze!

27 lut 2017

Milczenie z chujem w ustach

Kilka dni przed świętami Bożego Narodzenia szukałam miejsca, gdzie wydrukują mi zdjęcia w formacie A3. Odesłana z jednej z dużych drukarni z informacją, że to będzie kosztować fortunę, pojechałam do mniejszego punktu blisko centrum, żeby mieć to z głowy. Siedział tam pewien pan, który też nie był jakoś entuzjastycznie nastawiony do zlecenia, ale wziął ode mnie pendrive i odpalił. Skrzywił się od razu, jak tylko zobaczył, że foty są w formacie TIFF i od tego momentu zaczęła się litania - Po co TIFF jak w JPG jakość się nie zmienia, że zdjęcie nie docięte do formatu, że kontrast zły, kolory chujowe i czy to ma być takie fioletowe. W JPG jakość się nie zmienia? Nie chciałam się kłócić i to był mój błąd. Koleś naskoczył na mnie z pozycji boga fotografii, krytykując kolory, kadry, kontrast i wszystko, co mu przyszło do głowy, a ja zaczęłam się zastanawiać, czy w ogóle umiem robić zdjęcia. Łaskawie wpuścił mnie, żebym mogła zobaczyć, jak foty wyglądają na monitorze, i zaczął mi je zmieniać, dowalając żółty tam, gdzie odcień miał być chłodny, przesuwając suwak kontrastu i jasności wg własnego uznania, a ja czułam się jak karcona pięciolatka, która zrobiła dziurę w chlebie próbując posmarować go masłem. Przeładowywał gębę amunicją z technicznego żargonu, a ja patrzyłam, jak moje zdjęcia stają się jego zdjęciami, stojąc tam bierna i coraz bardziej niepewna. Kiedy stamtąd wyszłam czułam do siebie straszny żal, że się mu nie postawiłam. Zadzwoniłam nawet do Łukasza, żeby się upewnić, czy nie jestem jakąś fotograficzną grafomanką, bo poczucie własnej wartości zjechało mi do poziomu krawężnika i nasiąkło szczochem. Nie było sensu się kłócić i szargać sobie nerwów, prawda? Racja absolutna w pojedynku z 'wydaje mi się' zawsze triumfuje, bo przecież czym jest 'wydaje mi się' kobiety? Poczułam się poniżona, jakby moja wieloletnia praca była śmiechu warta. Dzień później odebrałam szczelnie zapakowane wydruki, słysząc od tego samego pana, że wyszły super. Dopiero kiedy rozpakowałam je w domu zobaczyłam, że na jednym z nich zniknęły wszystkie detale, bo całość poszła w chamski wielkanocny żółty, a drugie było całkowicie do wywalenia, ohydne, jak wymioty psa, który zjadł pół królika i kapustę. Zapłaciłam za oba 50 złotych, ale nie poszłam się kłócić. Odzyskałam za to pewność, że wiem, co robię. Nie zmienia to jednak faktu, że myśląc o całym zdarzeniu dwa miesiące po fakcie czuję się jak idiotka. Czuję się też wychujana, ale bardziej jak idiotka. To chyba dość kobiece, dość typowe.

Obejrzałam właśnie trzeci odcinek nowego (6.) sezonu "Girls". Gdyby ktoś mnie spytał o ulubione seriale jakoś nigdy nie przyszłoby mi do głowy, żeby wymienić "Girls", a jednak ostatnie odcinki wybijają się ponad poziom, podobnie jak 5. sezon. Lena Dunham jest szczera, zarówno w pokazywaniu wielu odcieni czerni i bieli, jak i w obnażaniu ludzkiej chujowości - lenistwa, narcyzmu, egoizmu - która, w aurze bezsilności, jest całkiem śmieszna. W trzecim odcinku Hannah odwiedza znanego pisarza, żeby skonfrontować się z nim w sprawie oskarżeń o seksualne nadużycia, których rzekomo się dopuścił. Wydaje się, że będzie to tylko kilkuminutowy epizod w całym odcinku, ale sytuacja rozrasta się do rozmiarów teatralnego aktu. Pisarz jest nieprzyjemny, egotyczny, przekonany o swojej racji. Typowy know-it-all. Na dodatek jest niekulturalnym bucem, który żyje komfortowo we własnym, dużym mieszkaniu w Nowym Jorku, na co pozwala mu zawód: pisarz. I tenże pisarz, Chuck Palmer, musi skonfrontować się z kobiecym wkurwem. Trzy dziewczyny, które mu obciągnęły, oskarżają go w Intenecie jakiś czas po incydencie, że je wykorzystał, po czym następuje fala hejtu na blogach kobiecych, w tym na blogu Hannah. Hannah przychodzi do niego jako adwokat sprawy, chociaż dość szybko okazuje się, że zna ją tylko z perspektywy tekstów jednej z ofiar, której ślepo wierzy, jak to kobieta kobiecie. Tutaj bym się zatrzymała. Tak jak często zdarza się w dobrych sztukach, tak i w tym odcinku "Girls" osąd moralny jest tylko jedną z wielu warstw tej sytuacji. Subtelna manipulacja pisarza objawia się dopiero na końcu, podobnie jak jego dwulicowość - i, gdyby się mocniej zastanowić, ogromne zblazowanie. Pytanie, jakie sobie zadałam, brzmiało - czy w takim razie jeśli jesteś hipokrytą grającym na uczuciach innych ludzi, wywalającym na stół sentyment rodziny, motyw udręczonego artysty nie kontrolującego swoich podstawowych, męskich impulsów, to wszystko uchodzi ci na sucho? Dlaczego, jeśli kobieta działa pod wpływem impulsu, nazywa się ją histeryczką? I czy, być może, atak na aktywność seksualną faceta też jest formą manipulacji słabszego nad silniejszym? Hannah i Chuck przerzucają się argumentami w słownej potyczce, ciągnącej się od korytarza, przez salon, kuchnię aż po sypialnię. Gdy Chuck pyta, jak można zmusić kobietę do zrobienia loda i jakim cudem mogłoby to nie być obustronne (consensual to jedno z ulubionych określeń Amerykanów odnośnie seksualnych afer), Hannah ma na to odpowiedź - jeśli np kobieta krztusi się z chujem w ustach i jest ciągnięta za włosy. I fajnie, że ktoś to w końcu powiedział głośno, wywalając czubek góry lodowej problemu dominacji i przemocy w seksie, której często towarzyszy przekonanie, że kobiety lubią być poniżane. Niektóre lubią, niektóre nie, a niektóre tylko czasami. Z drugiej strony wkrada się do tej konfrontacji element zazdrości, bo Hannah kilka razy podkreśla, że pisarzowi się powodzi. Nie mówi tego z punktu widzenia istoty słabszej, ale kogoś, kto nie odniósł jeszcze takiego sukcesu, i bycie kobietą jej w tym nigdy akurat nie pomoże. Zaczynamy też rozumieć perspektywę tego kolesia, który jednak jest uprzywilejowanym białym mężczyzną i wcale nie czuje się przez to szczęśliwszy. Czuje się natomiast trzymany na celowniku przez tych, którym się nie udało. To nie moja wina - zdaje się mówić, chociaż na pewno było mu łatwiej odnieść sukces, bo jego sądy są silne, zdania pewne, zachowanie moralnie mieszane, ale brak nadmiernego udręczenia moralnego oszczędza wiele dylematów na ścieżce kariery. Minusem jest samotność. Bardzo urzekające w tym scenariuszu jest to, że kipi on od emocji tej rozgrywki, która faktycznie jest uczciwym dialogiem i każdy pokazuje swoją rację i swoje myślenie, oparte na pewnych doświadczeniach. Powtarzające się doświadczenie przecież potrafi mocno ugruntować stereotyp, a z tym akurat ten odcinek walczy albo go wytyka - o tu, tu!. I nikt tu nie jest bez winy, mimo że na koniec Hannah daje się złapać na mężczyznę z autorytetem, który mówi jej komplementy na temat jej intelektu. Jednak stereotyp - i jednak stereotypem jest ten facet potrzebujący odrobiny czułości, który nauczył się używać wdzięku biednego, samotnego misia, którego szorstkość jest tylko maską skrywającą bogate wnętrze. Dla mnie koleś jest po prostu zblazowanym typem, który nie wierzy w nic poza wdziękiem literackiego portretu i pewnością, że każdą kobietę można złapać na jej własną broń, czyli kompleksy. Skoro te kompleksy pozwalają jej naładować torebkę amunicją, to czemu by nie próbować wykorzystać ich dla siebie? Trochę ją zmiękczyć? Dzień i tak jest długo i nudny, a prawda taka, że gdyby szanował Hannah to zaproponowałby jej tę głupią kawę.
I oczywiście, że jestem po jej stronie. To, że ktoś mówi głośno i przekonująco, nie znaczy, że ma rację. A już na pewno przesadą jest, że próbuje zabrać ci ten jeden, mały, bezwartościowy jak sam mówi, wpis na blogu.


PS. Nie jestem żadną wojującą lesbijką, która nienawidzi facetów. Bardzo lubię facetów, nie znoszę natomiast, kiedy traktują kobiety jak niższe formy życia albo siedzą przy barze i wyśmiewają dziewczyny, które przyszły przykleić plakat na Marsz Kobiet. A później głośno i bezwstydnie nazywają je idiotkami z zespołem niepewnej macicy i rechoczą. I opowiadają o tym, że nie chcą mieć dzieci, ale aborcja to zło i morderstwo, bo laska, która zachodzi w ciążę, jest po prostu głupia. Ten wpis powstał dlatego, że jestem tym zmęczona.

24 sty 2017

17 gru 2016