29 lip 2014

Audioriver 2014

Historie, które krążą o Audioriver, nie przypominają zwykłych opowieści. To legendy. Sekwencje zgęszczone z zaburzonej chronologii, z pogranicza snu i jawy, wytarzane w euforii, rozdygotanym świetle scen i utrzymującym się tuż nad powierzchnią ziemi upale. W tym roku miałam okazję zobaczyć to na własne oczy. Napisałabym że Audioriver to typowy letni festiwal, z udostępnioną plażą, ponad trzydziestostopniowym żarem, piaszczystym polem namiotowym wychodzącym prosto na brzeg Wisły, podrygiwaniem, które się nigdy nie kończy, ekstazą wymieszaną ze zmęczeniem i niedowierzaniem. Ale brzmi to płasko. Audioriver to jest faza. Twoja i wszystkich ludzi naokoło, tańczących w różnym stadium upojenia i ućpania. Tutaj kończy się i zaczyna czas, który nie dostraja się do żadnego znanego porządku. Idąc głównym deptakiem miasta spotykasz kolesia przebranego za krokodyla, który ma oczy jak ciężkie starożytne monety, w tych oczach odbija się jednocześnie szambo i kosmos, a towarzyszą mu dwaj Muchachos, krągli faceci przebrani za meksykańskich chłopów, z kolorowymi pledami na plecach i sombreros na głowach. Oczywiście z doklejonym wąsem. Ich doba trwa już spokojnie ze 40 godzin. I to towarzystwo tańczy. Tańczą na ryneczku na betonowej studni przy muzyce granej ze sceny red bulla, tańczą przy jednej z knajp, w której cały dzień gra dj, a z ogródków okolicznych lokali gastronomicznych poklaskują i podrygują ludzie w fajnych fryzurach i jeszcze fajniejszych tiszertach. Większość festiwali można by zacząć opowiadać właśnie po tiszertach. Poznajesz po nich stan mentalny noszących je ludzi, czasami też klasę ekonomiczną, z której się wywodzą. Nie do końca wiesz na przykład, co robi tu koleś w koszulce Guns’nRoses albo Slayer, Che Guevara też jakoś nie pasuje, koszulki z zespołami  i celebrytami rewolucji to już w ogóle przeżytek, mainstream jak w h&m’ie, gdzie można kupić tiszerta z Iggy’m Popem, Davidem Bowie czy okładką pierwszej płyty TLC. Z dumą nosi się za to napisy takie jak Pozdro Techno, Zimny drań, wszelkie hasztagi, byleby czcionka była jakąś wariacją helvetiki, a napis nie pochodził z wyobraźni ludzi projektujących wzory dla sieciówek. I never liked you anyway, I don’t care albo Fuck off to klasyki złego nastawienia, ogólna kategoria – mam wyjebane. Ludzie, którzy obnoszą takie napisy, biorą zazwyczaj dużo narkotyków i odpływają w krainy niebytu, gdzie jedyne, czego im potrzeba, to butelka wody. Lokalni mieszkańcy, poza tym że wyróżniają się rumianymi twarzami, fryzurami spod charczącej maszynki krojącej włosy jak chujową wędlinę w byle jakie plastry, też noszą koszulki z napisami. Widziałam dziewczynkę, która na swoich ledwo lęgnących się piersiach miała napis I am crazy, różowy na białym, czcionka brzydka jak gówno na polu. Do tego poniżej jakaś hipsterska, darmowa naklejka. Tleniona na lekko żółtawy odcień blondynka przedstawiała zdrowy, trzeźwy uśmiech i fioletowy napis Harmony. Jeszcze inna panna z dumą  prezentowała uniwersalną maksymę Open your mind, chociaż równie dobrze mogłaby się obnosić z napisem Shake that ass. I myślałam wtedy – o rzesz jak w mordę, jak ja będę otwierać mój mind. Zdejmę go warstwami, jak słoje starego dębu, a kosmici będą w nie wstrzykiwać żywe, jątrzące się światło. Open your mind, cholera. Przecież o to właśnie w tym wszystkim chodzi, bo chyba nie o jedzenie pizzy z surową kapustą pekińską.  


Po rynku, na którym impreza trwa już od popołudnia, krążą dzieciaki, głownie wychudzeni chłopcy o gładkich blond włosach i chudych, spalonych na śliski brąz nogach, w koszulkach piłkarskich, oraz dziewczynki, wyrośnięte i papuśne, trochę bardziej strachliwe. Chłopcy są sprytni i ciekawi wszystkiego, co dzieje się w ten wakacyjny weekend w ich mieście. Nie boją się podejść do przypadkowej grupki ludzi i zagadać, bo wszyscy tutaj wydają się dość bezwstydnie crazy. Zaczepiają ich i każą im rozmawiać przez urwaną słuchawkę od prysznica. Gadają wszyscy, słuchawka krąży, a chłopcy wymieniają się spojrzeniami – A nie mówiłem ci? To wszystko idioci! Biegną później gdzieś dalej, do namiotu z odsłuchem muzyki z winyli, do przyczepy, z której sprzedają zdrowe napoje z fajnymi etykietami, dostają za darmo kubeczki z zielonym sokiem, dumnie prezentują korony z napisem „Król afterów” i „Prozak 2.0”, które ktoś im wcisnął na te blond włosy, klejące się do czoła, wszędzie jest ich pełno. I wśród tych dzieci bujają się festiwalowicze, ze spodniami podwiniętymi do połowy ud, w fontannie, do której ktoś już zdążył wrzucić mydło i spieniona woda wygląda bardziej zachęcająco niż brudna woda, ludzie pijący piwo, ludzie, którzy trafili na rynek niosąc pizzę w kartonie i zatracili się tak, że godzinę tańczą z tą pizzą, super XXL, w pełnej ekstazie, wyglądając absurdalnie z człowiekiem krokodylem w tle i Muchcachos zwilżającymi sobie sztuczne wąsy przy studni. Jest upał pełna kurwa, a taniec trwa w najlepsze, podobnie jak w namiocie koło plaży, gdzie ostatniego dnia festiwalu pojawił się człowiek przebrany za złocistego kruka, niosący na gołym ciele  wstęgi srebrnej i złotej folii z dekoracji z jakiegoś zlikwidowanego już stoiska, machający toną tych wstęg  jak skrzydłami, wszyscy czekali, aż w końcu uniesie się w powietrzu, chociaż kilka centymetrów, czekali zupełnie na serio, z oczami jak księżyce w pełni i źrenicami niczym grudy żyznej, rumuńskiej ziemi. I gdy wracamy w stronę wysokich schodów prowadzących z wybrzeża do miasta (Biedro nazwała je niemymi schodami, bo wspinaczka jest tak wyczerpująca, że nikt się nie odzywa) mijamy kawałki tej pogubionej folii, skrzące się w upale na trawie jak flashbacki z zeszłonocnej fazy. I wszystko to jest jak najbardziej na miejscu. Muzyka, która napierdala szybciej niż twoje serce, zmienia rytm pracy twoich narządów, z każdym bitem wybucha ci w żołądku mała bomba wodorowa, a ty jak jakiś debil mówisz w kółko łał, łał, łał i machasz rękami w górze tnąc powietrze jak nocny ninja. Koncerty pierwszego dnia zlały mi się w jedno, biegałam tam i z powrotem i tańczyłam w amoku, nie pamiętam kiedy ze sceny zszedł Trentemoller, a zastąpił go Pretty Lights, wiem tylko tyle, że bawiłam się nieziemsko, łał, łał, łał. Następnego dnia  Booka Shade zrobili mi z mózgu frytki. Na żywo to był totalny odjazd, pełen pisków, zgrzytów i zmian tempa, a my tam jak posłuszne marionetki ruszaliśmy się do rytmu patrząc na podświetlone przed nami głowy innych rozbujanych ludzi. Najdziwniej wyglądały napierdlające drumami namioty już nad ranem, kiedy błyski niebieskiego i czerwonego światła spod plandeki, pod którą naród wybrany przez skwaszonego boga bujał morzem głów, mieszały się z anemicznym, dziennym światłem, zwiastującym nadchodzący upał i męczący, krótki sen w nagrzanym namiocie. A w upale, w samo południe, pełna plaża, co było absolutnie zrozumiałe zważywszy na kolejki do pryszniców. Chłodzące się w wodzie piwa kasztelan, dziewczyny kąpiące się w pełnym ubraniu po zeszłej nocy, myjące głowę przy pomoście, i znowu lokalni mieszkańcy, niepasujący do tego krajobrazu po wygranej bitwie, maluchy w czerwonych kąpielówkach podpierdalające browary z wody dla tatów i wujków i siwi panowie zażywający rześkiej, niedzielnej kąpieli pośród szerokiego spektrum męskich torsów, przypadkowych gór od bikini i obnażonych dziewczęcych brzuchów. – Zajebałeś nasze browary, no kurwa, przecież widzę, że brakuje! – krzyczy koleś z brzuchem jak piłka, w którym pływa już kilka litrów piwa, masz wrażenie, że ten brzuch spokojnie odbiłby rozpędzony samochód. – Co ty, stary, my mamy swoje, nie brałem waszych browarów – broni się typ w koszulce Smokin’&Drinkin’, niezbyt super cool, bo jednak ta koszulka na pewno pochodzi z sieciówki – Guciu, daj mu spokój, tu są nasze piwa! – Guciu, zostaw pana, przeproś – Sorry, nie. No kurwa przeprosiłem, nie, o co ci chodzi, ile razy mam przepraszać. No kurwa. Hehe. – i wyrzuca naderwany czteropak tuż nad głowami moczących nogi Biedro i Eweliny, puszki wpadają z hukiem do wody jakimś cudem nie robiąc nikomu krzywdy, a małolat z okolic pomostu już łypie w stronę rozbryzgującej wody, już wiadomo, że będzie kradzione. I to cała rozrywka na plaży, to rozmelanżowane towarzystwo, które dla mnie wygląda jak wielki ból głowy, i zresztą dość szybko usypia na słońcu, Guciu obtoczony wilgotnym piaskiem, wszyscy maja ramiona czerwone jak raki. Poza tym jest cicho, wszyscy są już jednak mocno zmęczeni, ale tarzają się w letniej błogości, odkładają moment powrotu i pakowania namiotów, kilka osób tańczy, ptak zrzucił swoje pióra, walają się wszędzie, cudu nie było. Drzemiesz płytko z twarzą wystawioną na słońce, a gdy otwierasz oczy świat blaknie, jest tylko wielką, pełną leniwie poruszających się kształtów kałużą mleka. Patrzę na towarzystwo od Gucia. Spalili się w tym świetle tak, że nie będą mogli się jutro ruszać, ale właściwie to nie jest ważne, bo jutra to w sumie nie ma i nie będzie. W końcu jesteśmy na Audioriver, kurwa. 

1 komentarz:

Bravo Girl pisze...

Kocham tę relację. Odzwierciedla wszystkie moje uczucia po tej edycji Audiorivera, przy okazji mojej pierwszej.

Wracam za rok, z tych samych względów, co opisałaś. :3