20 lip 2009

Pochwała sielanki

all photos by Ryan Mcginley







Krótka i szybka uwaga na początek - pozowane akty są do dupy. Trudno sobie przy tym wyobrazić niepozowany akt, zwłaszcza w studio. Typów aktów jest parę: są akty konceptualne (vide Bill Durgin czy ten polski wyjadacz studyjny o nazwisku na "W", które zapomniałam), akty niepokojące egzystencjalnie, akty romantyczne - w większości bardzo słabe, ale pozornie borniące się formą - robione w kwadracie, dużym formatem, z solidnym ziarnem itp. Polska specjalność gorsza niż włoska pizza w Marakeszu. Nieistotne. Jedyne akty, jakie naprawdę lubię to zdjęcia McGinleya. Postać na językach, bo wywodzi się z kręgów Dasha Snowa, który ostatnio zakończył swój burzliwy żywot po przedawkowaniu heroiny i już obrasta w legendę - jak wszyscy wiemy 27 lat to klasyczny moment na śmierć dla tych co żyją szybko, umierają młodo. McGinley ma na koncie parę aktow studyjnych w serii "Everybody knows this is nowhere". Tylko pozornie zastosował tam bardzo słabe światło, chociaż czasami rzeczywiście jest dość słabe, wtedy wszyscy jednym chórem krzyczą, że w takim razie jest trashowe (ulubione słowo-wytrych fotografów z pewnych kręgów, którym zawsze można gładko wybrnąć z zarzutu błędów technicznych). W każdym razie akty studyjne McGinleya to jedyne studyjne akty, które mi się podobają. Paradoksalnie są na nich chłopcy. Co do aktow kobiecych bliskich mi geograficznie to szczerze twierdzę, że polski mesjanizm i kult maryjny zepsuł wiele gustów. Polski romantyzm to jedno z najbardziej piętnujących sferę publiczną zjawisk. Sztuka współczesna i design użytkowy starają wybijać się z tego paradygmatu, ale ciągle spotyka się wiele dzieł wywodzących się w prostej linii ze snów o Maryji karmiącej i o femme fatale, takiej mocno vintage i mało demonicznej. W dziejowość tych dzieł nie ma co wierzyć. Są ino sznurem łączacym nas z historią mentalności narodowej, wpajanej razem z żurkiem Gdzie są męskie fantazje? Solidne, wulgarne bądź przynajmniej postmodernistycznie demoniczne męskie fantazje? Gdzie się podziały tamte prywatki? Szczerze uważam, że w pokoleniu, ktore można by nazwać pokoleniem naszej-klasy, gdzie rozpropagowany jest model małżeństwo, dziecko plus od tej pory album zdjęć rodzinnych na n-k, dokumentujący wyrzynanie się ząbków, pierwszy uśmiech, rozkoszne pełzanie po dywanie, wycieczki w plener, grille, spotkania rodzinne z okazji świąt, raz dwa trzy cheeees itp, panuje patologiczna poprawność wynikająca z trzymania się pewnego schematu dorosłości. To jest do bólu polskie. Obecny boom na śluby, zdjęcia ślubne, catering ślubny, suknie ślubne, wiem, bo sama dziś z Rebeką napierdalałam takie foty, jest kapitalistyczną wariacją na temat rytuału przejścia. Ślub, ów rite of passage ( kulturoznawcy drapią się za uszkiem), jest przede wszystkim wydarzeniem napełniającym portfele chaotycznego jeszcze przemysłu ślubno-weselnego. Jest bardziej manifestacją stanu portfela i chojnosci rodzicielskiej niż wartości rodzinnych. Wszyscy zachlewają mordy na koszt pary młodej, big deal. Nie rozumiem fenomenu, ale łączę go bezpośrednio z kapitalizmem i advertisingiem. Promocja miłości, do obejrzenia za cenę pralki jako prezentu. Najebka, której towarzyszy stres ze strony najbliższej rodziny i organizatorów, żeby wyszło poprawnie. Poprawność, moi drodzy, to jeden z największych grzechów naszych czasów, drugi punkt Nowego Dekalogu (uwielbiam mówić "nasze czasy", po prostu uwielbiam!). Nauczyłam się w życiu paru rzeczy, pierwszą z nich streszcza jedna z pobocznych postaci z "Shortbusa": Kiedyś chciałem zmieniać świat, teraz pragnę jedynie opuscić pokój z odrobiną godności. Druga jest taka, że programowym założeniem sytuacji epizodycznych jest ich przygodność. Żyjemy w zorganizowanej sieci epizodów quasimiłosnych, quasiprzyjacielskich, ponieważ czasy (nasze czasy, ach!) wymuszają na nas barwny styl życia. Chleje się, czasem się ćpa, uprawia się seks na placu zabaw, rozbija łuki brwiowe o słupy telegraficzne, półprzytomnym tłucze się jeszcze jakąś przypadkową mordę, kąpie się nago w jeziorze, zalicza się epizody homoseksualne i seks grupowy - albo przynajmniej opowiada się tego typu historie. Wszystko w imię intensywnego życia, życia z pasją, życia o artystycznym sztychu, życia na krawędzi. Bla bla. Jesteśmy kapitalistyczną mutacją młodych z klasy średniej. Kalkami kalek, ofiarami stereotyopów. Nie mówię, że ja nie jestem. Jestem bardzo. Bywa to zabawne, bywa wykańczające, ale tak jest i w takim modelu życia się odnalazłam. Nie pozwalam sobie tylko na rokoszną opcję braku autorefleksji. Ogladając wczoraj "Co gryzie Gilberta Grape'a" pod wpływem impulsu wynikłego z nadużywania amerykańskich krajobrazów, doświadczyłam szoku. Ten film jest ostoją wartości rodzinnych, nawet jeżeli główny bohater je pozornie neguje. So fucking 90's! Jest tam też przeurocza Julliett Lewis, która realizuje archetyp kobiety-matki, będąc jednocześnie kobietą wolną i mądrą, będąc jednoczesnie tylko uroczą dziewczyną o lekko pasterskiej aparycji - wszystko w jednym pudełku. Przypomniały mi się czasy, kiedy miałam bardzo silne więzi z rodziną i starszym pokoleniem. Kiedy po raz pierwszy w życiu zaczęłam z wujkiem, ciotką, babcią rozmawiać "po dorosłemu", o życiu i śmierci. Teraz nie byłoby to mozliwe. Powtarzam - nie byłoby możliwe. Mój styl życia nie szuka i nie potrzebuje oparcia w ich skostniałych światopogladach. Mam własną rodzinę złożoną z garstki ludzi, którzy na różnych etapach zycia zaczęli i nie przestali być dla mnie ważni. W zasadzie bardzo dużą rodzinę, jeśliby się poważnie zastanowić. Może jest to radykalne stwierdzenie, ale moim zdaniem w przeciągu ostatnich 10ciu lat w Polsce zaczął się zmieniać model rodziny. Większość oczywiście trzyma się opcji tradycyjnej, ale powstały (albo co bardziej prawdopodobne - po prostu dopiero na studiach je odkryłam) nowe możliwości samorealizacji seksualnej, przyjacielskiej - rodzinnej właśnie. Pomimo panującego powszechnie hedonizmu (którego nowomowa promuje hasła typu "intensyfikacja wrażeń", "brak zobowiązań", "swoboda seksualna", "pochwała różnorodności" itepe) między ludźmi tworzą się silne związki. Zazwyczaj to właśnie związki seksualne są najsłabsze i najbardziej wymienne, ten fakt jest być może przyczyną skrywanej bądź nie frustracji części pokolenia. Nie wiem. Houellebecq twierdzi, że głowną przyczyną rozpadu rodziny nuklearnej nie są rozwody. Rozwody to skutek, nie przyczyna. Problemem równie wielkim jak odsetek rozpadających się małżeństw jest kwestia izolacji pokoleniowej - coś co możemy zaobserwować nawet w tym tekście, kiedy stwierdzam, że nie potrzebuję aprobaty rodziny w sprawie tego, jak żyję. W krajach uboższych, w Afryce czy Ameryce łacińskiej bądź też na wsiach, dzieci nawet po ślubie żyją z rodzicami. Tworzy się faktyczna rodzina zapewniająca wszystkim jej członkom poczucie bezpieczeństwa i stabilizacji, a przede wszystkim silną tożsamość (nie mówimy w tej chwili oczywiście o wyjatkach). Dziadkowie wychowują wnuki podczas gdy rodzice są w pracy, nikt nie jest zbulwersowany jak z lodówki zbyt szybko zniknie mleko. Co jest w takim razie przyczyną - pyta Houellebecq. Otóż na naszych oczach postępuje zjawisko indywidualizmu. Przetacza się po mentalności jak czołg miażdżąc instynkty stadne jako upierdliwe i zbędne cywilizacyjnie (choć nie ewolucyjnie) relikty. Wystarczy znać parę powieści Houellebecqua żeby zrozumieć, że właśnie w tę stronę zmierzamy, skazujac się coraz częściej na samotność i frustrację, które i tak w końcu przestaną nam tak bardzo doskwierać jako doświadczenie wspólne praktycznie całemu pokoleniu. Dziś, w oparach wczorajszego seansu pochwalam sielankę: życie na wsi, rodzinę nuklearną z problemami, grill, albumy na n-k i takie tam. Tylko dziś i tylko dlatego, że sama nigdy nie zrealizuję tego scenariusza. Jestem nieodrodnym dzieckiem wszelkich marginesów i chyba dlatego czasami tęsknię za mniej chwiejnym systemem wartości. Wiem, że nigdy w swojej skórze nie poczuję się dobrze i bezpiecznie, ale jak każdy lubię pofantazjować. Wasze zdrowie!
- Sorry, pierdnęłaś?
- Nie, kurwa, zastrzygła uszami

9 komentarzy:

Dzika Sofa pisze...

Lubię to!

ban pisze...

WANTUCH kochana.

tak sobie myślę, że gdyby nie Twoje wywody na blogu nie podejrzewałabym o istnieniu... hm drugiej wersji Ciebie

karolina pisze...
Ten komentarz został usunięty przez autora.
Rebeka pisze...

nic dziwnego, że strzyknęłam uszami na Twoim wejściu

maggot pisze...

nie podejrzewasz istnienia trzeciej ban - to ta co nocami kradnie śliwki z ogródka sąsiadów

anka pisze...

kalko indywidualistki, jedzmy na Juliette Lewis, co? ponieważ jest za darmo? nie bedziemy kapac sie w błotach woodstocka, przysiegam. bedzie to wystarczająco bezsensowna, ekscytująca i epizodyczna doba.tak myśle.

maggot pisze...

jebać, jedziemy!
piszę ci maila

Anonimowy pisze...

dawno temu pisałem o niej na mediumblogu, zdecydowanie akty, zdecydowanie pozowane ale w tej pozie i dziwnej egzaltacji jest ich siła.
****Francesca Woodman****
obczaj sobie.

WH.

maggot pisze...

faktycznie przewrotne, dzięki