


Kto powiedział, że to marzec jest miesiącem przełomów? Od dwóch dni odbieram niepokojące komunikaty od moich przyjaciół, że pora coś zmienić, że zaczynam wszystko od nowa, biała kartka, tym razem niebieski cienkopis, przez okno worek śmieci. Rewitalizacja, eskapizm, znudzenie – nazywajcie to jak chcecie. Jechałam w Bieszczady z jednym postanowieniem – muszę wyrwać się z kontekstu. Nie chodziło mi o to, że się nudzę ani że Wrocław mnie przytłoczył. Miejsca nie mają aż takiego wielkiego znaczenia, jak się powszechnie uważa, osaczamy się sami, generując swoje małe obsesje, zaciągając bohaterów do swojego hucznego karnawału opartego na bardzo wątłych podstawach: jedności czasu, miejsca i akcji. I w tym całym hałasie coraz mniej się rozmawia, za to między ludźmi jest coraz więcej piwa, papierosów i odlotowych ciuchów, które budują tę kruchą ścianę blichtru, proporcjonalną pajęczynę dystansu i otwartości, powierzchownych kontaktów, które wraz z brakiem zobowiązań niosą destrukcyjną satysfakcję. Nie chcę być źle zrozumiana – jest to ten kawałek fikcji, którego wielu z nas potrzebuje, żeby poczuć się „między ludźmi”, zagarniętym wraz z falą, która czasami wyrzuca cię na plażę w samych majtkach. Problem w tym, że dla niektórych jest to główna forma bycia wśród ludzi, tutaj „cześć”, tam „hi”, „co słychać”, aż w końcu wszystko i tak zaczyna się rozmazywać i euforia ściera się z melancholią w pijackim amoku, kiedy źródłem rozrywki jest już sam hałas i ruch. Ale co tak naprawdę napędza ten mechanizm? Jego trybiki mają zdusić to chujowe uczucie alienacji, do którego nikt się nie przyznaje, a napędza go prosta zasada, że lepiej być tam, gdzie inne kury niż udawać hipopotama sto metrów dalej. A co, jeżeli ja naprawdę zaczynam czuć, że jestem hipopotamem, że ślizgam się w środowisku na schematach reakcji, lawiruję coraz sprawniej, bo wyćwiczyłam swoje umiejętności socjalne i nikt już o mnie nie powie, że jestem nieśmiała? Wczoraj w przypadkowej grupie ludzi poczułam nagle, że jest mi strasznie smutno. Wróciłam z tym uczuciem z Bieszczad, zobaczyłam nasze pokolenie jak nieustannie ponawia próby kontaktu, z których coraz rzadziej coś wynika, i wszystko wydaje się przegadane i coraz mniej autentyczne, zagłuszamy się nawzajem w swoim własnym narcyzmie i nawet nie wypada go nie hodować pod druga skórą, altruista to przecież największy archetypowy frajer naszych czasów. I każdy wchodzi w swoją rolę gładko, i nawet jeśli gra ją z pozycji całkowitego wyczerpania to pięć orderów sprawności robi swoje, nie widać, że ci smutno, melancholia w towarzystwie to najstraszniejsze faux pas. Ten krytycyzm pojawił się we mnie drogą prostego porównania – miałam więcej ciekawych rozmów jadą stopem w góry niż przez ostatni miesiąc we Wrocławiu w większych grupach ludzi. Ten wyjazd był jakąś formą przełamania nieświadomości – dotarło do mnie, że lepiej będzie, jeśli połowę tego czasu który spędzam w klubach będę spędzać sama. Mam sobie naprawdę bardzo dużo do powiedzenia i nie mam ochoty niczego przed nikim udawać. Nie chcę być postacią środowiskową, jestem prawdziwa i jak mnie nakłujecie nie zejdzie ze mnie powietrze. Toczy mnie graniczący z fanatyzmem głód autentyczności i tym samym poziom instynktów towarzyskich spadł do zera. Bo okazuje się, że za nadmierną szczerość w towarzystwie trzeba odpokutować. Nie umiem się przebić przez ten blichtr i look, przez schematy myślenia napędzające nudne konwersacje. Taka jest zresztą specyfika większych grup – żeby zabić niezręczność przebywania ze sobą trzeba znaleźć wspólny punkt myślenia, a wspólny punkt myślenia dla dużej grupy ludzi zatacza małe kółka wokół banału. Człowiek jest o wiele ciekawszy w kontakcie jeden na jeden niż w automatycznie uniformizującej się masie. W masie zaczyna się liczyć przede wszystkim pozór. Ktoś kiedyś powiedział, że mylnie jest sądzić, iż radość życia płynie głównie z kontaktów międzyludzkich. Może takie stwierdzenia burzą morale w sytuacji kryzysu tych kontaktów i ogólnej alienacji, którą uwierzcie mi poczułam w ostatnich dniach o wiele bardziej przejmująco niż bym chciała, ale przyklasnę mu bez zastanowienia. Wszystko, co pośredniczy pomiędzy ludźmi – książki, muzyka, film, fotografia, malarstwo – wydaje mi się o wiele bardziej treściwe niż to, co ludzie mają sobie na co dzień do powiedzenia. Widziałam dziś dokument o Annie Leibovitz i pomyślałam, że ściana z jej zdjęciami to jest dokładnie ta twarz ludzkości, przed którą chciałabym dzisiaj stanąć. Leibovitz sfotografowała Susan Sontag w ostatnich dniach jej życia. Gdy opowiadała o tych zdjęciach profesjonalny silny głos przechodził w szloch. To był dokładnie ten moment, kiedy Leibovitz wyszła z roli. Chciałabym, żebyście wy też częściej wychodzili z roli. Tęsknię za ludzką twarzą ludzkości.