8 cze 2009

Karol








Karola zaczepiłam w autobusie i wyszła nam z tego sesja. Był bardzo dzielny, ale ja też byłam nad wyraz łagodna.

Weronika


4 cze 2009

preambuła do studiów pedalskich

Gdybyście zastanawiali się, co się ze mną dzieje, to badam względność czasu. Pod oknem grają mi cyganie. Ponieważ dyskretnie ograniczyłam kontakty z ludźmi i skupiłam się na badaniach w kierunku swojej magisterki (i w końcu bronię licencjat z dziennikarstwa, tak) to tym bardziej napada mnie strach. Po pierwsze temat mojej pracy okazał się tak trudny, że zanim przeczytam (i zdobędę) całą niezbedną literaturę (począwszy od "Historii seksualności" Foucaulta, która przyda sie też jeśli w końcu zdecyduję się zakończyć żywot w jeziorze) minie conajmniej miesiąc. Po drugie pora zacząć szukać pracy i nie ma się co oszukiwać, na poczatek będzie to bar albo sklep z odzieżą. Po trzecie codziennie około północy nachodzi mnie irracjonalny lęk przed przyszłością. Za dnia, jak podejrzewam, również mu podlegam, chociaż dobrze się maskuje. Od powrotu z Bieszczad jestem w depresji. Radykalna zmiana stylu życia zrobiła spustoszenie w moim systemie wartości. Przybyło mi z 5 kg duchowości i paradokasalnie zajebiście mi ciąży, bo czuję ziejącą pustkę. Mówili mi - nie czytaj Houellebecqa. Dziad złamał mi serce. Z tego wszystkiego słucham teraz głownie country i folka z lat 60-tych (może nie przesadzajmy, słucham Casha, van Zandta i Tima Buckleya, do obrzygania). Z Anką, która próbuje wywiązać się ze zobowiązań na iberystyce, kontaktuję się głównie mailowo. Ona ma gorzej, bo słucha Vana Morrisona i Black Sabbath. Co pozwala mi z czystym sumieniem zorganizować sobie dyskografię Dusty Springfield i Simona&Garnfunkela. I tak w dół downward spiral aż odbiję się od dna. Ufam, że już jest blisko. Pragnę wytarzać się w szlamie i ugryźć boga w stopę. Podobno z powrotem to już windą. Aha, jeszcze jedno. Tkwiąc w teorii queer i takich tam pismach o seksualności, cielesności i względności płci, dotarł do mnie poziom uprzedzeń zakorzeniony w społeczeństwie. Czytam i zgrzytam zębami. Czasami wydaje mi się, że wszyscy mnie nienawidzą i chcą żebym umarła. Czasy, gdy potrafiłam z czystym sumieniem powiedzieć "mniejszości seksualne bedą miały w tym kraju dobrze", należą do epoki błogiej naiwności. Gówno. Mój ojciec dzwoni żeby powiedzieć, że mojemu kuzynowi Miłoszowi urodził się syn. I zaczyna się "My też liczymy na to, że w końcu zostaniemy dziadkami". Jeszcze nie zauważyli, że nigdy nie miałam chłopaka. Zapomnieli, jak przez cała podstwówkę chciałam zmienić płeć, bo wyobrażałam sobie, że jeśli tego nie zrobię spędzę samotne życie w mieszkaniu z gromadą kotów. Śmieję im sie w twarz, ale mam coraz mniej siły się śmiać. Czy nikt nie zauważył, że model rodziny diametralnie się zmienił? Schemat mama plus tata plus dzieci nie jest nawet w połowie tak stabilny jak kiedyś. Dążenie do samorealizacji rodzi bardzo silną potrzebę osobistego szczęścia, dlatego ludzie coraz częściej się rozstają. W ten sposób dzieci i tak mają dwóch tatów albo dwie mamy - biologiczny rodzic zostaje uzupełniony o nowego męża mamusi albo nową żonę tatusia i jakoś nikt nie robi wokół tego wielkiej publicznej debaty jak wokół wychowywania dzieci w związkach homoseksualnych. Teoria queer rozwala dychotomię homo/hetero dając możliwość konstruowania płynnych tożsamości z dala od ocen moralnych. Pięknie i ładnie, tylko że polityczny dyskurs i praktyka życiowa nadal domagają się tych kategorii, żeby móc grupować, wykluczać, nazywać to, co inne od normy. Społeczeństwo nigdy nie bedzie gotowe pozbyć się swojego oceniającego i wartościującego spojrzenia. Najbardziej mnie przeraża, że nawet niektórym ludziom, których znam i którzy mają bardzo otwarte umysły, wymykają się oceny moralne z jasnym przesłaniem TO JEST ZŁE. Co jest złe? Że nie chcę być matka polką i obciągac swojemu chłopakowi na wielkanoc w kiblu moich rodziców? Że całuję się z dużo młodszą dziewczyną i ją to zepsuje? Zepsuje? Sorry, ktoś się za dużo nasłuchał niedzielnych kazań w dzieciństwie. Polskie społeczeństwo jest tak dalekie od zrozumienia i wprowadzenia do praktyki modeli związków i relacji seksualnych, które zostały wypracowane na Zachodzie, że czekają nas lata transformacji. Mamy umysły przeżarte retoryką i moralnością katolicką, nawet jeżeli od dawna uważamy się za niewierzacych. Ja musiałam to przepracować, żeby móc się określić, ale większości nawet się nie chce, bo po co, skoro, realizując seksualną normę, mają wszystkie przywileje? Dlatego tak dobrze zrobił mi Mogutin. Pokazujac seksualne praktyki w różnych grupach gejów - ogórek w dupie, różne kinky gadżety, parę imponujących erekcji - pokazał przede wszystkim, że geje się pieprzą. I to dużo. W międzyczasie się stymulują - sami bądź z czyjąś pomocą. I jest to najzupełniej normalne. To się nazywa afirmacja życia. Wiekszość organizacji typu LGBT probuje propagować model homoseksualnego pożądania bedący konformistycznym odzwierciedleniem modeli heteroseksualnych, głównie na skutek lęku przed rozprzestrzeniającą się w środowiskach gejowskich epidemią AIDS. Nie krytykuję ich, ponieważ tworzą główne pole dyskursu publicznego na granicy norma/odmienność reprezentując seksualne mniejszości. Kompromis bywa nieunikniony, ale jest też smutny. Prawda jest taka, że o homoseksualistach się wie, że istnieją, nawet zna się ich osobiście, ale większość ludzi nie ma pojęcia, jak dwie kobiety albo dwóch mężczyzn uprawia seks. Feministki, które jako pierwsze przygarnęły lesbijki, żeby je później wywalić ze swojego grona za "niesubordynację", próbowały zunifikować kobiecy model pożądania w oparciu o potrzebę czułości. Od tej pory seks lesbijski kojarzy się właśnie z wzajemną czułością. Rzadko się mówi o tym, że dwie kobiety są w stanie odbyć regularny stosunek, bo przecież jak to, bez penisa? Seks to przemoc, nieważne w jakiej konfiguracji. Seks nie równa się penis, big news! Problem jest taki, że osoby o odmiennych tożsamościach seksualnych są niewidzialne, też dlatego, że nie rozmawia się o tym, jak uprawiają seks i jaka jest psychiczna cena ich funkcjonowania w społeczeństwie; jakie są dylematy i jakie problemy. O tym się nie rozmawia - rozmawia się o chodzeniu lub niechodzeniu za rękę i jak to wyglada w oczach 40-letniego biznesmena z żoną i dwójką dorastających dzieci. Rozmawia się o DEMORALIZACJI. Czasami o SZATANIE. Kiedy wchodzi się na temat całowania rodzą się już wielkie kontrowersje. Zresztą co, nie oglądacie TVP? Przecież homoseksualizm można leczyć! Elektrowstrzasami! Hurra!
Żyjemy w zacofanym kraju, co więcej mogę powiedzieć? Nie próbuję rysować opozycji my-wy, bo tego właśnie chcę uniknąć, żyjąc tak jak żyję. Niekoniecznie jest to łatwe, ale nie narzekam. Po prostu czasem się wkurwiam. Mam nadzieję, że przyszłe pokolenie przetrze szlaki, bo ta konserwa zaczyna się bardzo psuć, jesli mnie spytacie.

3 cze 2009

2 cze 2009

Slava Mogutin





Mogutin urodził się na Syberii. Mając lat około 21 musiał uciekać z Rosji za to, że był zbyt głośną i dosadną ciotą. Pisze poezję, portretuje różne środowiska gejowskie, głównie scenę nowojorską. Wydał dwa albumy: "Lost boys" (głównie o Rosji) i "NYC Go-Go". Wulgarne, mocne, praktycznie pornograficzne zdjęcia piorą po mordzie. Dawno nic mi się tak nie podobało. Mogutin pisze o nich:

“I’m trying to examine the very concept of ‘shame’ by being completely ‘shameless.’ That’s why I’m so fascinated by old, pre-AIDS porn, where sex captured on film wasn’t so mechanical, emotionless, plastic… I enjoy photographing people in vulnerable, intimate situations, like a guy sniffing another guy’s armpit, a boy with a cucumber up his ass, or German skinheads spitting and pissing on each other. The point is, my models must be totally comfortable with me and my camera in order for me to photograph them. It’s about trust and compassion. I find these kinds of scenes totally engaging and beautiful and I don’t need anyone’s moral approval of my work. As Rimbaud once said, ‘Morality is a type of brain disease.’ I’ve always enjoyed breaking taboos and stereotypes. I think that’s what real art is about!”


Polecam stronę: slavamogutin.com. Dużo mocnego materiału. Nie dla dzieci.

27 maj 2009

Ania

Marta

Justyna


25 maj 2009

Oko za oko, obiad za obiad

















W moim sercu wojna gangów

Za duzo piszę na blogu. Wiem. To trochę tak jak w klubach go go - kiedy po raz czwarty pokazujesz tego samego cycka juz nie jest tak fajnie. Nawet z profilu. Ale tym razem przywdzieję na cycka warszawskiego wąsa. Nie wiecie co to warszawski wąs? Wstydźcie się!

Chodzi o to, ze śniłam apokalipsę. Brałam udział w sesji Meisla (moje ego rozsadza chodniki, tak), jakieś tysiąc modelek w jedwabnych zwiewnych sukienkach szło plażą w Dunkierce, szły pod wiatr, który szarpał im włosy, a tkaniny furkotały za ich plecami jak skrzydła. Na morzu był sztorm. I nagle z odgłosów rozszalałych fal wyłoniły się nowe dźwięki. I wtedy zobaczyłam, że one krzyczą. Pod nogami zaczęły wybuchać im miny, w powietrzu fruwały poszarpane członki, oderwane stopy w butach na obcasie, zakrwawione skalpy. Mesiel robił zdjęcia i tylko on wiedział, ze to wszystko fikcja. Ja stałam na wzniesieniu obserwując scenę jak z filmu wojennego - ogień, krew, łzy i wrzaski. Modelki bez nóg odruchowo próbowały wstać, rwały sobie nawzajem włosy, wbijały swoje długie paznokcie w zbryzgane krwią twarze. Jednocześnie wszystko było gładkie i estetyczne, jak na cyfrowym zdjęciu w czerniach, granatach i zgniłych zieleniach, z licznymi czerwonymi detalami. Niedługo później weszłam do namiotu, w którym odbywała się orgia z udziałem modelek i całej ekipy z planu. W drzwiach pocałowała mnie L. Wejdziesz? Spoko, tylko nie pozwolę się spenetrować żadnemu mężczyźnie.


23 maj 2009

Gorace źródła

Wczorajszy wieczór był bardzo dziwny. Był tak dziwny, że aż nie wiem co o nim napisać. Obudziłam się z gigantycznym bólem głowy i powiedziałam sobie na głos "OH-MY-GOD HOT SPRINGS!". Cały czas miałam przed oczami gigantyczne odbitki Avedona. Przytulając się do poduszki wydawało mi się, że przytulam dziewczynę w ogrodniczkach z jego zdjęcia. Nazywała się Sandra Bennett, sprawdziłam. Poza tym śniły mi się amerykańskie pustynie powoli zaludniane przez hipisów i włoczęgów, aż w końcu tworzyły się tam wielkie osiedla zastawione tipi i wszelkiego rodzaju prymitywnym sprzętem gospodarczym. Zdarza wam się czasami po przebudzeniu wypowiadać najdziwniejesze sentencje jakie wyszły z waszych ust? Pamietam, że kiedyś obudziłam się w domu rodzinnym i pomyślałam: Jestem tylko trochę bardziej żywa niż lekko martwy kociak. Gdybym zapisywała te wszystkie poranne zdania wyrwane z wciąż rozgadanej podświadomości mogłabym nimi bez trudu wywoływać ducha Oscara Wilde'a. I to w samo południe.
Ostatnio coś się we mnie złamało. Jestem szczera. Jestem w stanie odpowiedzieć na każde trudne pytanie. Sama zadaję ich dużo. W efekcie czuję, że mam bardzo lekką duszę. Czuję też takie nieprzerwane kłucie, które uświadamia mi jak bardzo nadal nie jestem osadzona. Co dziwne nie mam już potrzeby, zeby uciec. Bo nauczyłam się o pewnych rzeczach mówić. Jestem tylko trochę bardziej żywa niż lekko martwy kociak. Ale mam bardzo bardzo lekkie buty i coraz rzadziej jeżdżę tramwajem.
Ogladałam niedawno film o LaChapelle'u i zrodził się z tego we mnie bardzo frapujacy fanatyczny monolog. Pomyslałam: jeżeli masz pomysł na zdjęcie, w którym jest wanna to musisz zdobyć wannę. Musisz zdobyć wannę. Musisz zdobyć wannę. To teraz taka moja mantra. Powtarzam ją parę razy dziennie. Musisz zdobyć wannę. Wannę. Wannę. Cholernie prosta sprawa, którą uświadomił mi też Avedon. Cokolwiek robisz i jeśli traktujesz to poważnie nie ma miejsca na kompromisy. Nie możesz powiedzieć - nie wyszło tak, więc zrobimy inaczej. Tam się nie da wejść, więc zrobimy to tutaj. To tło jest pogięte, więc użyjemy innego. Trzeba cisnąć. Dlatego ostatnia sesja z Magdą mi nie wyszła. Jest tam jedno dobre zdjęcie, reszta jest efektem poluzowania morale. Za dwa tygodnie robię bardzo dla mnie ważną sesję. I zdobędę wannę. I będę potworem despotą. O tak.
Jest jeszcze druga metafora, która trafiła mi do serca. Co prawda gdy zrodziła się w pijanej głowie G. prawdopodobnie nie była metaforą. G. napisał do M.: "Do zobaczenia w filharmonii". M. w paradnym wieńcu gestów i mimiki opowiadała mi o tym wczoraj, a ja zaśmiewałam się do łez. Nikt się z nikim nie umówił w filharmonii i o chuj chodzi? Filharmonia?! Należałoby dodać, że G. i M. niedawno ze sobą zerwali. Jakiś czas później, kiedy wracałam piechotą do domu a ptaki śpiewały (i niebo było granatowe jak plakatówki, a mi się chciało płakać) przypomniałam sobie ten sms G. do M. Tym razem już mnie nie śmieszył. Tym razem, idąc pod granatowym niebem jak ze zdjęć LaChapelle'a, zobaczyłam siebie jak wystaję pod filharmonią i marzną mi ręce. Zobaczyłam tam siebie w piętnastu różnych wariantach, jak stoję, czekam i patrzę na zegarek. Okazuje się jednak, że filharmonia jest tylko gigantyczną fototapetą, za którą podstarzali sąsiedzi uprawiają miłość. I nawet jeżeli zaśmiałam się na ten widok to było mi smutno. Zajebiście smutno.

22 maj 2009

david shrigley



Ten post jest wypadkową faktu, że moja magisterka i internet znajdują się w jednym pudełku zwanym laptopem. Mogłabym wymienić z milion innych rzeczy, które chciałabym teraz robić. Nienawidzę siedzieć w domu dlatego, że muszę. Piję wtedy za dużo kawy na zmianę z herbatą i już do końca dnia sikam jak krowa, imponujacymi kaskadami. Od dwóch dni robię przypisy do licencjatu z dziennikarstwa, który w końcu w przeciągu dwóch tygodni będę bronić, chociaż jest napisany od 1,5 roku. Wszystko dlatego, że pewnego dnia zgubiłam całą bibliografię i nie chciało mi się jej odtwarzać. Nie macie pojęcia, jak męczące jest robienie przypisów. David Shrigley popełnił animację pt. "Who i am and what i want" i jest to moja ulubiona kreskówka, pod rękę z "Salad fingers". Pocieszają mnie kiedy kark robi mi się już zbyt sztywny i gdy drętwieje mi język. Podejmę się każdego zawodu, w którym nie trzeba przestrzegać wytycznych. Mogę sprzatać kupy po jednorożcach w Uzerbejdżanie. Wyławiać buty z Gangesu. Rąbac drewno na ranczo w Teksasie. Obciągać chromym. Tylko niech ktoś za mnie skończy te studia.