10 lut 2020

25 paź 2019

Wewnętrzna Inkwizycja



Po komunie zostało nam w Polsce dużo brzydkich rzeczy. Wytarte krzesła i tapczany, pawlacze załadowane zupełnie zbędnymi gratami, lampki stołowe w kolorze granatu czy czerwieni, które wydawano kiedyś w akademikach, dywany z bazarów pachnące stęchlizną, bibeloty uchodzące za antyki, ostatnie sztuki naczyń z wytłuczonych zastaw. Najbardziej jednak rażą mnie w oczy stare książki w polskich domach, wśród których jest głównie polska i radziecka klasyka, sielankowe opowieści o życiu na wsi, powieści przemycające krytykę ustroju lub idealizujące proletariat, wydane w niskich nakładach tomiki wierszy o udręczonych duszach, uwikłanych w historię indywidualnego nieszczęścia splątaną z historią dziejów. Z czasem ludzie zaczęli wyrzucać stare, obleśne łóżka, IKEA przejęła polskie domy szturmem niskich cen i przezroczystego ideologicznie dizajnu, szklanki w metalowych koszyczkach się wytłukły, ale książek ciężko jest się pozbyć z polskich domów, książka jest jak chleb w czasie wojny, który długo po okresie biedy babcia zabraniała mi wyrzucać, chleb i książka były świętością. Wiedza i krzepa, przetrwanie i spryt, historie i jedzenie dające siłę na przetrwanie kolejnego dnia niedoli, historie i chleb, które spajały ze sobą pokolenia. Ten szacunek do chleba, który przejawiała babcia, wdzięczna za to, że miała czym nakarmić rodzinę, został mi w pamięci. Kiedy zdarza mi się wyrzucić spleśniałe pieczywo myślę o babci i o jej kuchni, o kaflowym piecu, na którym grzała się woda w starym czajniku z gwizdkiem, który pod wpływem buchającej pary potrafił wystrzelić i jeśli akurat babcia miała kociaka to gonił ten gwizdek po kuchni albo uciekał pod przykryty ceratą stół. Te obrazy odnajduję też w filmach Jana Jakuba Kolskiego, gdzie wieś jest zatrważająco sielska, ale też pełna guseł, odgłosów wydawanych przez wilgi, sowy, bieliki, kuropatwy, refrenu szumiących drzew, szmeru odgarnianych butami jesiennych liści, pękającego pod ciężarem ciała lodu zimą. To był inny świat, który czasami próbuję odszukać, z którym walczę na nostalgicznym polu bitwy o jego realne, nieskażone warstwą sentymentu przejawy, o jego prawdę w pełnym zadumy, poetyckim przekłamaniu pamięci. Ale kiedy myślę o książkach, patrzę na grzbiety, które wypłowiały przez lata, wiem, że od lat nikt ich nie otwierał i nikt tego przez kolejne lata nie zrobi, że otwarcie i przeczytanie którejkolwiek z tych książek byłoby cudem, chyba że byłaby lekturą szkolną, a dziecko bałoby się nauczyciela na tyle, że nie ograniczyłoby się do streszczenia, czy, co bardziej prawdopodobne, streszczenia audio.

A później jeszcze lata dziewięćdziesiąte i boom książek, albumów, encyklopedii i czasopism. Babcia trzymała w kredensie całe roczniki Poradników Domowych, które czytałam z nudów na wakacjach, od deski do deski, łącznie z przepisami, chronologicznie, bo tak były ułożone, przedzierając się w ciągu tygodnia przez wiosnę, lato, jesień i zimę, przez babki wielkanocne, ciasta z galaretką na gorące dni, przez pierniczki i makowce na jesień i zimę. Tato kupował Majsterkowicza, którego do tej pory trzyma w małej szafce na półpiętrze bloku, trochę nielegalnie, ale nie może się z tą kupą papieru rozstać. Poradniki jak założyć własny biznes rzucały się w oczy z półek jaskrawymi paskami na grzbietach, ale nigdy ich nie szanowałam, były napisane językiem suchym i rzeczowym, nie rozumiałam ani ich ani na czym polega zakładanie biznesu i co to jest marketing. Lubiłam za to mapy, poprzecierane na zgięciach od częstego otwierania i składania, gnące się na wietrze, gdy otwierano je w plenerze, żeby znaleźć drogę, wiotkie i nieposłuszne, roztrzepane takie, zużyte, szczęśliwe. Gdy mieliśmy mieć gości i każdy miał się zaangażować w sprzątanie domu, tata zawsze pozwalał mi sprzątać półki z książkami, układałam je wielkością od najwyższych po najniższe, najwięcej czasu spędzając właśnie przy mapach ułożonych na najniższej półce, bo były najcieńsze i ciężko je było posegregować wielkością. Na książki o tym, jak założyć biznes, prychałam z pogardą, od dziecka nie miałam ręki do zarabiania pieniędzy. W swoim pokoju miałam albumy o cywilizacji i przyrodzie, jedna seria ze śliską, świecącą czerwoną obwolutą, druga z taką samą, ale zieloną. Oglądałam w nich, jak kremowano ciała faraonów po śmierci i wpatrywałam się w kolorowe artefakty z życia Majów, Azteków i Inków. Tata kupował mi je w kiosku raz w miesiącu i był zadowolony, że interesuje mnie świat i że znikam w tych książkach nie zawracając mu głowy, gdy na przykład jechaliśmy pociągiem i on był już zmęczony odpowiadaniem na zabawnie niedorzeczne pytania małego dziecka i chciał tylko popatrzeć przez okno. Encyklopedię otwieraliśmy tak często, że odpadł z niej grzbiet i nikt go już nigdy nie przykleił, chociaż walał się po półkach i nikomu nie przyszło do głowy go wyrzucić. Dwa tomy Anny Kareniny różniły się od siebie, bo przeczytałam pierwszy i zostawiłam go blisko okna, więc grzbiet wyblakł od słońca i nijak nie pasował do ciemnopomarańczowego tomu drugiego. Wyglądały jak dwie różne, niezależne od siebie książki. Komu bije dzwon Hemingwaya rozpalił moją nastoletnią wyobraźnię jak żadna inna ksiażka wcześniej, a Krzyżacy, przy których na początku usnęłam, zabrali mnie w podróż w czasie i uświadomili istnienie odwiecznego konfliktu między archetypicznymi wersjami Danusi i Jagienki. Enigmatyczna, piękna, anemiczna istota na skraju przeżywalności była fantazmatem, któremu przeciwstawiono krzepką, pełną życia, charyzmatyczną kobietę. Zimą, kiedy szybko robiło się ciemno i zaraz po obiedzie wszyscy w domu kładli się na drzemkę, siadałam z jedną z tych brzydkich książek ze zżółkłymi kartkami i czytałam. Zabierały mnie gdzieś indziej, kazały odczuwać inną pogodę, niewygodne buty i zapach przepoconych koszul, wąchać uczty na dworach i patrzeć, jak rozlane wino wsiąka w tkaniny, jak krew po bitwie wydostaje się przez szpary w zbroi.

Myślałam ostatnio o tych wszystkich książkach, bo mi się przyśniły i wzbudziły we mnie odrazę i estetyczne oburzenie. Postanowiłam, że kiedy dojdzie do najgorszego i rodziców już nie będzie, to wszystkie je spalę. Seneka stopi się z historiami cywilizacji, Gunter Grass zamieni się w ten sam popiół co Martwe Dusze Gogola, Mickiewicz spłonie razem z Sienkiewiczem, atlas roślin z encyklopedią, mapy jedna po drugiej będą zakrywać dłużej płonące podręczniki do biznesu, podsycać pod nimi ogień. Żadnej z tych książek ze sobą nie zabiorę, nie zatrzymam nawet Komu bije dzwon, wygiętej silniej na stronie ze sceną erotyczną na polanie. Wyrzucę też wszystkie tomiki poezji, które wyniosłam z biblioteki w majtkach. Ognisko będzie płonąć wiele godzin. Jeśli ktoś mnie zapyta, czemu to robię, powiem mu zgodnie z prawdą: Nie mam pojęcia.