20 maj 2009

Jam session

Wszystkie ubrania projektowała i szyła Dominika Gembiak












Dzielnie sekundowały:

Monika (robiła kanapki):

i Karolina (bekała):

W OPT szystko orajt




17 maj 2009

Say NO to that NOISE

Kto powiedział, że to marzec jest miesiącem przełomów? Od dwóch dni odbieram niepokojące komunikaty od moich przyjaciół, że pora coś zmienić, że zaczynam wszystko od nowa, biała kartka, tym razem niebieski cienkopis, przez okno worek śmieci. Rewitalizacja, eskapizm, znudzenie – nazywajcie to jak chcecie. Jechałam w Bieszczady z jednym postanowieniem – muszę wyrwać się z kontekstu. Nie chodziło mi o to, że się nudzę ani że Wrocław mnie przytłoczył. Miejsca nie mają aż takiego wielkiego znaczenia, jak się powszechnie uważa, osaczamy się sami, generując swoje małe obsesje, zaciągając bohaterów do swojego hucznego karnawału opartego na bardzo wątłych podstawach: jedności czasu, miejsca i akcji. I w tym całym hałasie coraz mniej się rozmawia, za to między ludźmi jest coraz więcej piwa, papierosów i odlotowych ciuchów, które budują tę kruchą ścianę blichtru, proporcjonalną pajęczynę dystansu i otwartości, powierzchownych kontaktów, które wraz z brakiem zobowiązań niosą destrukcyjną satysfakcję. Nie chcę być źle zrozumiana – jest to ten kawałek fikcji, którego wielu z nas potrzebuje, żeby poczuć się „między ludźmi”, zagarniętym wraz z falą, która czasami wyrzuca cię na plażę w samych majtkach. Problem w tym, że dla niektórych jest to główna forma bycia wśród ludzi, tutaj „cześć”, tam „hi”, „co słychać”, aż w końcu wszystko i tak zaczyna się rozmazywać i euforia ściera się z melancholią w pijackim amoku, kiedy źródłem rozrywki jest już sam hałas i ruch. Ale co tak naprawdę napędza ten mechanizm? Jego trybiki mają zdusić to chujowe uczucie alienacji, do którego nikt się nie przyznaje, a napędza go prosta zasada, że lepiej być tam, gdzie inne kury niż udawać hipopotama sto metrów dalej. A co, jeżeli ja naprawdę zaczynam czuć, że jestem hipopotamem, że ślizgam się w środowisku na schematach reakcji, lawiruję coraz sprawniej, bo wyćwiczyłam swoje umiejętności socjalne i nikt już o mnie nie powie, że jestem nieśmiała? Wczoraj w przypadkowej grupie ludzi poczułam nagle, że jest mi strasznie smutno. Wróciłam z tym uczuciem z Bieszczad, zobaczyłam nasze pokolenie jak nieustannie ponawia próby kontaktu, z których coraz rzadziej coś wynika, i wszystko wydaje się przegadane i coraz mniej autentyczne, zagłuszamy się nawzajem w swoim własnym narcyzmie i nawet nie wypada go nie hodować pod druga skórą, altruista to przecież największy archetypowy frajer naszych czasów. I każdy wchodzi w swoją rolę gładko, i nawet jeśli gra ją z pozycji całkowitego wyczerpania to pięć orderów sprawności robi swoje, nie widać, że ci smutno, melancholia w towarzystwie to najstraszniejsze faux pas. Ten krytycyzm pojawił się we mnie drogą prostego porównania – miałam więcej ciekawych rozmów jadą stopem w góry niż przez ostatni miesiąc we Wrocławiu w większych grupach ludzi. Ten wyjazd był jakąś formą przełamania nieświadomości – dotarło do mnie, że lepiej będzie, jeśli połowę tego czasu który spędzam w klubach będę spędzać sama. Mam sobie naprawdę bardzo dużo do powiedzenia i nie mam ochoty niczego przed nikim udawać. Nie chcę być postacią środowiskową, jestem prawdziwa i jak mnie nakłujecie nie zejdzie ze mnie powietrze. Toczy mnie graniczący z fanatyzmem głód autentyczności i tym samym poziom instynktów towarzyskich spadł do zera. Bo okazuje się, że za nadmierną szczerość w towarzystwie trzeba odpokutować. Nie umiem się przebić przez ten blichtr i look, przez schematy myślenia napędzające nudne konwersacje. Taka jest zresztą specyfika większych grup – żeby zabić niezręczność przebywania ze sobą trzeba znaleźć wspólny punkt myślenia, a wspólny punkt myślenia dla dużej grupy ludzi zatacza małe kółka wokół banału. Człowiek jest o wiele ciekawszy w kontakcie jeden na jeden niż w automatycznie uniformizującej się masie. W masie zaczyna się liczyć przede wszystkim pozór. Ktoś kiedyś powiedział, że mylnie jest sądzić, iż radość życia płynie głównie z kontaktów międzyludzkich. Może takie stwierdzenia burzą morale w sytuacji kryzysu tych kontaktów i ogólnej alienacji, którą uwierzcie mi poczułam w ostatnich dniach o wiele bardziej przejmująco niż bym chciała, ale przyklasnę mu bez zastanowienia. Wszystko, co pośredniczy pomiędzy ludźmi – książki, muzyka, film, fotografia, malarstwo – wydaje mi się o wiele bardziej treściwe niż to, co ludzie mają sobie na co dzień do powiedzenia. Widziałam dziś dokument o Annie Leibovitz i pomyślałam, że ściana z jej zdjęciami to jest dokładnie ta twarz ludzkości, przed którą chciałabym dzisiaj stanąć. Leibovitz sfotografowała Susan Sontag w ostatnich dniach jej życia. Gdy opowiadała o tych zdjęciach profesjonalny silny głos przechodził w szloch. To był dokładnie ten moment, kiedy Leibovitz wyszła z roli. Chciałabym, żebyście wy też częściej wychodzili z roli. Tęsknię za ludzką twarzą ludzkości.

14 maj 2009

13 maj 2009

Sandra Buldog, Uma Trumna i białe mgły


Chwilę przed gradem stulecia. Z parkingu dla tirów obok Pilzna wywiózł nas fanatyczny prawicowiec, pół-Polak pół-Niemiec, który już trzy minuty po tym, jak wsiadłyśmy do jego klimatycznego Volvo, cały się spienił w monologu o polityce i komuchach. Pomyslałam sobie: "O nieeeee....". Okazało się, że jest byłym bokserem wagi pół-ciężkiej i opowiadał, jak to go ścigano po Niemczech, bo miał się podłożyć Rosjaninowi, a zamiast tego stłukł go na miazgę (Pulp fiction?). Pomimo agresji i ciasnych pogladów uratował nam dupy, bo niedługo później rozgrzmiało się okrutnie i zaczął walić apokaliptyczny grad (wcześniej widziałam cos takiego tylko raz, w Hiszpanii), i musieliśmy stać 20 minut na stacji benzynowej, bo wiatr rzucał samochodem po drodze jak zabawką. Odstawił nas na dworcu w Brzesku i musiałyśmy schować autostopowy honor do kieszeni i jechać pociągiem.




Wetlińscy żule funkcjonują w społeczności na równych zasadach: piją w pubach na krechę, noszą koszule po bardziej cywilizowanych kolegach, ktoś im zawsze podaruje kiełbasę albo trochę kasy. To jest Krzyś - Krzyś przyjechał do Wetliny w 89' roku przekonany, że grozi mu niebezpieczeństwo, bo napisał książkę demaskującą jakieś polityczne przekręty. Tak w każdym razie mówił. Książka nie tyle nie została nigdy wydana, ale też nie wiadomo, czy w ogóle istaniała. Krzyś słynie ze squatowania opuszczonych budynków. Przywitał nas oznajmiając: "Wydzierżawiłem sklep!". Jeszcze rok temu Krzyś mieszkał z Heńkiem, ale w wyniku jakiegoś pijackiego konfliktu Heniek przeniósł się do sąsiedniej wioski. Twierdzą, że nigdy już nie będzie między nimi zgody. Akurat pamięć długotrwałą mają dobrą, a pijacki honor to dla nich chyba jedna z ostatnich ostoji godności.






Lokalni siłują się na ręce z przyjezdnymi. Tym oto sposobem bardzo szybko obrosłam w legendę, bo przetrzymałam jednego z chłopaków. Dzień później krążyły już opowieści o siłaczce z Wroclawia, która prawie złamała Marcinowi rękę. Słynny Samolot przyszedł mnie zobaczyć i sprawdzić moją krzepę, a po tym co się działo później naprawdę się cieszę, że nie wróciłam z Bieszczad w ciąży. Samolot ma w szopie kolekcję wszelkiej maści narzędzi do cięcia, piłowania, rąbania i siekania. Podobno jest groźny, ale bieszczadzkie legendy trudno zweryfikować inaczej niż przez autopsję.



Pierwszą noc spędziłyśmy w cepeenowym barze za Jasłem śpiąc na stołach. Rano tylko okazało się, że ktoś zmienił nam obrus. Za to całą trasę z Wrocławia do Wetliny pokonałyśmy stopem. Wiozło nas w sumie jakieś 20 samochodów.









12 maj 2009



Szczyt bieszczadzkiego Top 10 wg notowania Radia Ludzie z Mgły. Oi Oi Oi!

5 maj 2009

I need a hero
















Zawsze chciałam zrobić pewne zdjęcie. Zimą, kiedy pracowałam jeszcze w Spinaczu i przychodziły takie dni, że nic się nie działo, każdy po wypiciu trzech kaw i herbaty szukał sobie jakiegokolwiek zajęcia. Ponieważ najbardziej popularnym wypychaczem czasu było obieranie czosnku zdarzało się, że pięć osób stało nad koszem i dziobało ten czosnek, kilogramy łysych ząbków. Prawie się bili o nieobrane główki. Oczywiście zawsze były to same dziewczyny. Chciałam zrobić zdjęcie pt. "Obierające czosnek". W hołdzie dla van Gogha. Ale go nie zrobiłam i zawsze będę żałować.

Yashica do mnie wróciła. Ten post zawsze bedzie mi przypominał czego i dlaczego nie mogę zażywać. Jakkolwiek podróż po Wrocławiu pełnym zabytków przeszła do historii.
Jutro spierdalam w Bieszczady, trochę bez planu więc nie wiem kiedy wrócę. Życzę udanych posiłków. A Misi życzę smacznego błonnika.

2 maj 2009

Tym razem trochę param pam pam.







Chodzę po wrocławiu i myślę: tutaj ten koleś mam go na blogu, tę laskę nawet dwa razy, o, jego też mam jak pokazuje pachę, ojej, a tamten jest u Bana razem z tym drugim. o, a to znowu Zięba!