Naczytałam się niedawno, jak bardzo dobry
jest ostatni sezon „Girls”. Pisały o tym wszystkie liczące się magazyny,
pomijając często taki seriale jak „Narcos” czy „Fargo”, o których dowiadywałam
się pocztą pantoflową. Kiedyś tam przestałam ufać Lenie Dunham, która
napompowana sukcesem zaczęła trochę zbaczać z obranej drogi i mamrotać
fabularnie do tego stopnia, że pewnego razu zobaczyłam ją pod koniec odcinka
jadącą wozem zaprzęganym w konia, którego popędzał Amisz. Później pojawiła się
trochę niedorzeczna postać Mimi Rose, reprezentująca obóz kobiet uzdolnionych,
ekspresyjnych i niezależnych do tego stopnia, że niezależność staje się ich
obsesją i asem z rękawa w kluczowych rozmowach o związkach i relacjach. Cały
suspens polega na tym, kiedy wywali tego asa na stół i zrobi komuś krzywdę. Po
średnich sezonach trzecim i czwartym włączyłam sobie piąty, skoro jest taki
dobry. No i mnie zagiął, bo jest dobry naprawdę. Fabuła klasycznego melodramatu
jest passe jak jogurt truskawkowy. Teraz historie o przyjaźni, związkach,
miłości i ślubie są tak popaprane, że nie ma na nie schematu fabularnego. Mówi
się o nas millenialsi. Mówi się też prekariat albo wyższa klasa robotnicza –
tak mówi chyba tylko Elka, ale jak najbardziej pasuje to do barmana wiecznie na
studiach, bez pomysłu i pieniędzy na trzymający się kupy ciąg dalszy. Chaos na
rynku pracy i egoizm, na który pozwoliły nam w końcu czasy, drapieżny,
promowany przez korporacje egoizm, którego nie trzeba ukrywać, bo jest
potrzebny, żeby przetrwać i nikt się już nie bawi w formalne kostiumy,
przemykają w fabule jakoś tak mocno poruszając. Jest motyw Shoshany w Japonii,
próbującej odnaleźć się w innej kulturze, ale jednocześnie bardzo samotnej i
sfrustrowanej, że musi wrócić do Nowego Jorku z poczuciem bolesnej porażki, że
jednak egalitaryzm kulturowy i globalizacja i to, że praktycznie wszyscy już
mają smartfona, nie zmienia fundamentalnych różnic kulturowych. Japonia
pokazana jest jak wielki landrynkowy labirynt – jak wagina Katie Perry, cytując
szefową Shoshany, przez co wydaje się zarazem fascynująca, wciągająca, ale też
niezrozumiała. Nęci i kusi swoja fasadą, pod którą ostatecznie trudno jest
zajrzeć, bo pomimo tego że wszyscy oglądamy te same hollywoodzkie blockbustery
to jednak dzielą nas lata świetlne doświadczeń w zupełnie innych kosmosach.
Bardzo mnie to ruszyło, bo moje wnioski z pobytu w Anglii są podobne. Po
miesiącach zachwytu trafiasz w pewnym momencie na mur zbudowany z różnic i to,
czy się przez niego przebijesz, zależy tylko od twojej determinacji i zabiera
mnóstwo czasu. Wydaje mi się, że bardziej działa tu mechanizm przyzwyczajenia
niż asymilacji, dlatego kiedy wracasz do swojego miejsca na ziemi razi cię to,
czego nie doświadczasz będąc za granicą, ale jednocześnie zaczynasz – i to
chyba przede wszystkim – widzieć ogromną rolę społeczności, do których
należysz. Nie jesteś puszkiem mlecza, który wiatr może rzucić gdzie mu się
podoba, jesteś kimś i jesteś częścią czegoś, nawet jeżeli chcesz się od tego
oderwać. Tożsamości nie buduje się w Internecie, ale w podobieństwie
doświadczeń tak podstawowych jak choćby wychowanie się w tym samym kraju,
obchodzenie tych samych rytuałów w podobny sposób ustalony przez tradycję,
mówienie w tym samym języku. We Wrocławiu należałam do kilku grup, czy to była
ekipa barmanów, którzy wszyscy się między sobą znali, czy społeczność queerowa
powiązana luźnymi i ciasnymi więzami przyjacielsko-kumpelsko-romantycznymi, z
całym archiwum skończonych związków, romansów i zażegnanych bądź nie
zażegnanych konfliktów. Gęsta masa polepionych we wrzątku pyz, która sprawiała
czasami, że ci duszno. Ale teraz to widzę, jak grupa obsadza swoich członków w
rolach, które są uniwersalne – ktoś jest błaznem, ktoś niepoprawnym
romantykiem, ktoś poharatanym przez życie socjopatą słynącym z ciętej riposty,
ktoś obserwatorem czy intelektualistą wygłaszającym elaboraty z historii po
paru machach blanta, jeszcze ktoś aktywistą albo irytującym narcyzem. I to
wszystko opisuje jeden mały wątek Shoshany, która w końcu wraca do Nowego Jorku
i już na lotnisku na ruchomych schodach potrąca ją rodzina grubasów, co
wyraźnie jej przypomina co ją w tym mieście wkurwia. – Co ja tu robię! – zadaje
sobie głośno to retoryczne pytanie, wzbudzając lekkie zainteresowanie
mijających ją ludzi, tak samo jak ja zadałam sobie je kupując bilet do
rodzinnej Świdnicy w busie u pobrużdżonego na twarzy pana w swetrze, który na
mnie nawarczał jak pies z bólem wyduszając z siebie słowo „Proszę”. Ale zaraz
później pomyślałam sobie, że dobrze wiem, co tu robię, bo warczenie wydaje się
poczciwe jak szczekający pod domem wuja Burek. Jestem stąd, tu się warczy.
Kolejna sprawa to związki. Wiadomo.
Wszystko obija się o związki jak fale na morzu obijają się o brzeg. Ale tutaj
wątek ślubu Marnie i Desiego, gdzie w połowie sezonu upada nie tylko kurtyna,
ale zawala się cała scena pokazując, jak kultura zachodu każe nam wierzyć w
iluzje – magicznej więzi, przeznaczenia, dwóch połówek pomarańczy, szukających
się bratnich dusz w otchłani niedoli, że miłość nas uratuje, wybawi i zmieni.
Widzieliście, ile odsłon ma klip do „Sugar” Maroon 5, w którym zespół pojawia
się bez zapowiedzi na przypadkowych weselach i śpiewa dla par młodych, a panny
młode prawie mdleją w objęciach swoich jednodniowych mężów? To, ile pieniędzy
wyciąga przemysł ślubny, że ludzie się zadłużają po to, żeby odprawić imprezę
życia, na której maja do odegrania bajkę o miłości i spełnieniu, a rodzina ma
załamywać ręce i fotograf ma robić zdjęcia, jest dla mnie niepojęte. Miłość
romantyczna jest fundamentem większości narracji, mimo że my, millenialsi,
napluliśmy na nią i obrzygaliśmy ją jak starą zagrzybioną kurwę.Zamieniliśmy ją w żart. Ale iluzja
nadal trwa i ma się lepiej niż kiedyś. Świat pozorów, którego aktorzy nie
zawsze zdają sobie sprawę że trafili do bańki mydlanej, która ma termin
ważności. Rozczarowanie przychodzi często i to ze strony, z której się go nie
spodziewasz. Nie będę dalej spoilerować, ale na rozczarowanie też jest lek i
nie jest ono chorobą śmiertelną, tak samo jak istnieje lek na bycie zbyt dobrym
i wrażliwym (odcinek o Marnie, która spotyka Charliego, swojego chłopaka z
pierwszego sezonu, doskonale pokazuje, że jest to lek ciężko dostępny, ale
skuteczny). W tym samym odcinku Marnie i Charlie kradną łódkę i pływają po
jeziorze w blasku księżyca. Klisza, prawda? Klisza ta jednak staje się
interesująca, kiedy pękają szwy na niebie i w nos uderza cię odór. Ten odór
to odarcie z iluzji, na którą ciągle, regularnie, nieprzerwanie, jak ostatni
idiota, się nabierasz. I będziesz się nabierać, bo nie da się żyć bez
nadziei.
No i na koniec sama Lena Dunham ze swoją
krucjatą ku samoakceptacji i tolerowaniu kobiecej cielesności w każdym wydaniu.
W piątym sezonie jest brzuch, cycki, owłosiona cipka, komiczne próby utraty
wagi poprzez bieganie (przystanek na rozciąganie mięśni co dziesięć metrów jest
ważnym elementem ćwiczenia) i dużo Leny, ogólnie rzecz biorąc. Ale tym razem
postać Hannah nie jest tylko irytującą, narcystyczną, charyzmatyczną egoistką
łamiącą tabu na każdym kroku, żeby zwrócić na siebie uwagę, potrzebującą
widowni dla swojego życia i ekscesów, które tak naprawdę ją nakręcają. Hannah
jest ludzka. Jej ból spowodowany podwójną zdradą jest prawdziwy, ale kanalizuje
go tańcząc z dawną kumpelą do Beyonce i Nicki Minaj z blantem i
wybuchając histerycznym śmiechem zamiast płaczem. Mówi o nim do widowni
pełnej obcych ludzi, tym razem mając lekka tremę. Kradnie rower. A później
życie płynie dalej, tak po prostu. Wkurwiamy się, ranimy, kochamy. Rzadko
mówimy „związek”. Słowo „mąż” czy „żona” są egzotyczne jak papuga w kościele.
Nie martwimy się gramatyką i szykiem zdań. Wysyłamy dużo emotikonek, bo nie
chce nam się pisać. Wpierdalamy w nocy, a później idziemy biegać. Nie lubimy
dzieci. Ale jednak pod koniec sezonu dalej jesteśmy razem. Nawet jeśli akurat
teraz ze sobą nie gadamy.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz