28 lis 2017
28 sie 2017
17 lip 2017
17 kwi 2017
Dlaczego w święta najbardziej boję się śmierci
Panicznie boję się śmierci. Święta rodzinne są jak
przypomnienie, że śmierć istnieje i jest blisko, na dodatek bardzo groźna,
uzbrojona w raka, guzy, tętniaki i nieszczęśliwe przypadki. Przyjeżdżam do
Świdnicy, w której się wychowałam i w której nie mam już praktycznie żadnych
znajomych, patrzę na kamienice, które kryją jakby większe, bardziej guzowate i
fotogeniczne ubóstwo, nałogi, lumpeksy, sklepy meblowe, w mieszkaniach
wykładziny, słoiki z ogórkami, stare, wielokrotnie spalone na dnie emaliowane
garnki, idealnie umyte podłogi, zapach bulionu, i ogarnia mnie straszny,
histeryczny strach. Jakby to miejsce miało moc wciągnąć mnie w swój rytm,
zaborczą rodzinność, wycieczki na cmentarze i obiady domowe, w dziury na
chodnikach, w potłuczone witryny pizzerii, która upadła. Mogę przyjeżdżać do
miejsc, w których się wychowałam, ale zawsze dość szybko pojawia się ten
irracjonalny strach, którego źródła nie umiem zlokalizować. W Wielkanoc po
śniadaniu jedziemy z rodzicami na działkę zobaczyć fundamenty domu, który będą
budować, bo teraz moi rodzice mają dwie wielkie radości, ten dom na wsi, który
powoli powstaje, i wnuczkę, którą urodziła im moja siostra (dwa smartfony, na
jednym zdjęcia działki, na drugim małej Laury, ty pomiędzy smartfonami, oglądasz),
i widzę siebie na tym samym co zawsze miejscu dla pasażera z tyłu po prawej
stronie, w tym samym miejscu, ale w różnych samochodach, jak mam 10, 11, 15,
20, 25, 27, 31 lat, jak tam rosnę, dojrzewam, zmieniam się, trochę nawet
starzeję, a oni z przodu również, matka z ojcem, i moje siostry obok też,
kiedyś w siedziskach dla niemowląt, z palcami w buzi, ze słuchawkami jako
nastolatki, w uszach tunele, później dorosłe, teraz jedna ma już własne
dziecko. I zawsze w aucie siedzimy w tym samym porządku, jakby nigdy nic się
nie zmieniło, jakby tych lat minionych nie było, każdy odruchowo idzie w stronę swoich drzwi w aucie. I
jechaliśmy tak w te święta, ja z siostrą lekko zjarane na tylnych siedzeniach,
Olki w tym roku nie było, ale to i lepiej, bo jesteśmy już większe, mamy
płaszcze, nie mieścimy się z tyłu we trzy już za bardzo, i moja siostra gadała
rodzicom, żeby wzięli psa ze schroniska, ponieważ jest to słuszne, a mi się
chciało śmiać, bo już to wszystko słyszałam. Powtarzamy się też, nawet kłócimy
się o to samo, więc jakby z mniejszym impetem, z lekką rezygnacją, z uporem
żeby chociaż to swoje zdanie znowu głośno wypowiedzieć, zbuntować się. Dynamika
rodzinna jest jak sieć, odnajdujesz się w tej samej roli co kiedyś,
bo nigdzie indziej nie jesteś już tą osobą, ale stajesz się nią w domu, za każdym
razem, taką którą niekoniecznie lubisz, więc wolisz może nawet trochę to
przespać, przejeść, szybko wrócić do swojego miasta, do dziewczyny, znajomych,
na siłownię, do pokoju, swojego smętnego wyblakłego ręcznika i brudnej podłogi
z zaciekiem od roweru. To jest twoja emancypacja, twoja dorosłość, dopiero w
rodzinnym domu odkrywasz jak ją lubisz.
I jeszcze jedna rzecz, bardzo ważna, odnośnie śmierci, a
może bardziej umierania. Moi rodzice są już w takim wieku, kiedy ich znajomi
zaczynają umierać, ich rówieśnicy. Jest to klasyczny moment uruchomienia
wielkiego strachu przed umieraniem, który udziela się też nam, dzieciom, nie
takie już z nas przecież dzieci, nasi rodzice się starzeją, ale nie chcemy o
tym myśleć, przejmować się na zapas. I w domu nagle pada opowieść o ciotce
Mariolce, która nie była naszą rodziną, ale znajomą mojej mamy z dawnych lat.
Bardzo ją lubiłam, pojawiła się na jakichś urodzinach mojej babci czy coś,
ciemnowłosa, śmieszna, lekko kulejąca, z dystansem do siebie. Mariolka zostawiła
swojego otyłego męża, z którym żyła pod jednym dachem bardzo wiele lat i
spędziła ten czas gotując mu posiłki, wkurwiła się tym w końcu i gdy poznała
dużo młodszego kolesia, który wyszedł z więzienia, z dziarami i bez wielu
zębów, odeszła z nim, zakochała się. Później opowieść mojego ojca osnuta na
obserwacjach i plotkach toczy się dalej. Kryminalista ja bił, pożyczał od niej
pieniądze, nie oddawał, zaczęła przy nim pić. W końcu wróciła do męża,
zachorowała na raka, on też, umarli trzy dni po sobie. Historia na trzy, może
cztery zdania. Został po nich syn, adoptowany, teraz podwójnie osierocony. Jak
o nich myślę to widzę te emaliowane garnki, w których Mariola gotowała swoim
chłopakom jedzenie, bo oni zawsze byli głodni. Naprawdę niewiele o niej wiem.
Czy wiedziała o chorobie zanim odeszła od męża? Czy wróciła, bo się
rozczarowała? Czy kryminalista ją wykorzystywał, czy może też trochę kochał?
Opowiada mi to wszystko ojciec na święta, mi i siostrze, a później wiozą nas na
cmentarz, pokazują palcami groby znajomych, podają przyczyny śmierci, wiek, a
ja czuję, jak ogarnia mnie strach, paraliżuje mnie, ledwo mogę iść. Boję się
tej śmierci polskiej, cmentarnej, ponurej i katolickiej, pełnej winy, strachu,
tego, co nie zostało zrealizowane. Tej pozbawionej celebracji życia marmurowej
śmierci nagrobkowej. Boję się też umierania, co z nami będzie, przechodzi mi
przez głowę korowód ludzi, których kocham i uwielbiam, które z nas będzie
pierwsze, jak, i czy szybko, czy długo, szpitalnie, na pasztetowej albo
kroplówce, czy w bólu, czy z kaczką pod dupą. Ale patrzę na moją siostrę i
widzę, że ona też się boi. Czy uświadamiamy sobie własnie cykl życia, cykl
pokoleń, czy dostajemy obuchem w twarz doświadczeniem pokoleniowym naszych
rodziców, ich strachem przed śmiercią, ich strachem w ogóle, dostajemy nim z
rozpędu, ale nie jesteśmy zabezpieczeni tak jak oni, nie mamy tylu suplementów,
nie jemy tylu antyoksydantów, nie myślimy o tym, chowamy się. Co zrobić z tą
śmiercią, z tym umieraniem, z tym strachem? Wróciłam do domu i wpisałam w
google "dlaczego nie warto bać się przyszłości". Wyskoczył mi artykuł
na stronie katolickiej z cytatami z Biblii. Przeczytałam cały, zjadłam żurek i
zasnęłam. Śniło mi się, że atakuje mnie kotopies i walczę z nim plastikową
deską do krojenia.
22 mar 2017
Trainspotting 2. Wiek męski, wiek klęski
Kiedy
mieszkałam jakiś czas temu w Szkocji, próbowałam z siebie poprawnie wyburczeć
nazwę miasta Edinburgh. Zdążyłam już je odwiedzić, zobaczyć je latem, z całą zielenią Georges Square obłożoną
wylegującymi się ludźmi, siorbiącymi zimne napoje z plastikowych kubków i
puszek. Imponujące, przepiękne miasto, nad którym góruje niedorzeczne,
renesansowe zamczysko, dziwiło też wymową swojej nazwy. Kazali mi powtarzać EDINBRA, a ja zupełnie nie kumałam dlaczego. Chodziłam jednak jego ulicami i
próbowałam odnaleźć tę, po której w jednej z pierwszych scen „Trainspotting”
ucieka Mark Renton. Śmiałam się z twórców „Human Traffic”, którzy próbowali
opowiedzieć podobna historię – nocne życie, dragi, emocjonalnie niedojrzali
ludzie. Tron był już dawno obsadzony, sorry ziomki.
Rozumiem,
że można zrobić sequel „Szybkich i wściekłych”, można wskrzeszać „Terminatora”
albo kolejny raz kręcić ekranizację powieści Jane Austen. Ale dlaczego ktoś dał zielone
światło na „Trainspotting 2” - nie mogę zrozumieć. Co będzie następne? „Pulp Fiction ”,
„Mechaniczna Pomarańcza”, „Fight Club”? To są filmy, które mają status
kultowych, do tego jest to kino autorskie, przynależne do swojej dekady,
opowiadające zamknięte historie. Bez miejsca na nowe początki, traktat o
rozczarowaniu życiem i zaglądanie pod ostatnie falbanki, które czyniły je, mimo
pewnej rozliczeniowości, fajnymi. Nie mogę pogodzić się z dwiema rzeczami – że
ten film powstał i że go obejrzałam. Nie mam w głowie funkcji delete, więc
zwyczajnie spierdolili mi dzieciństwo.
Czyli
co, tak już teraz będzie? Będziemy się starzeć, będą nam wysiadały organy, najebka
zawsze będzie się kończyła kilkudniowym kacem, zostało nam jakieś zero
pierwszych razów, bo spróbowaliśmy już wszystkich narkotyków, euforia tylko
chemiczna, legion ludzi, których rozczarowaliśmy i którym złamaliśmy serca,
śpiewający w naszych snach smutne, popowe piosenki? Nie poczytamy z zapartym
tchem Edgara Allana Poe, nie nabierzemy się na etos zespołów rockowych, może
nawet nigdy się już nie zakochamy? Czy zaczęła się dla nas epoka negacji,
narzekania na młodsze pokolenia, nasz wiek męski, wiek klęski? Czy to tylko
strach przed czasem, który zabiera nam urodę i złudzenia?
Od
tygodnia mam niesmak. Mimo że filmowi spokojnie można dać solidne 6 na 10,
McGregorowi nie można zbyt wiele zarzucić poza tym, że zrobił się trochę
lalusiowaty, to brakuje temu filmowi wiarygodności. Kiedy Sick Boy wygłaszał
swoje tyrady o Jamesie Bondzie, Francis Bagby rzucał kuflami prowokując bojki
barowe kosztem czyjejś facjaty, kiedy walili heroinowe strzały na brudnym
dywanie u Matki Przełożonej, to wszystko było spójne i budowało historię o
kilku niezbyt czystych, uzależnionych gościach o różnych temperamentach.
Wychodziły z nich złe rzeczy, chujowe cechy ludzkie, nie można było na nich
polegać, ale wierzyło się w to, kim są i co sobą reprezentują, wierzyło się w
ich skarpety piłkarskie po kolana, spocone tiszerty, nieudane wycieczki w góry,
litry wypitego browara i wypluwany po pijaku bełkot. Byli młodzi, bezczelni i
pchali się wszędzie, gdzie się dało. Ale nawet Iggy Pop w 2017 ma już
chyba dość. Nagle pojawia się sequel, w którym widać wyraźną 20-letnią dziurę,
bo indywidualne historie tych kolesi kupy się nie trzymają, a nawet jeśli się
trzymają, to idą z nią na dno bajora. Ani przez chwilę nie wierzę żadnemu z
nich, że przez ostatnie 20 lat w ogóle istnieli. Są to niespójne twory,
sztuczna inteligencja, wskrzeszone dla czyjegoś widzimisię, którym dopisało się
jakąś przeszłość, ale tak naprawdę to spędzili ten czas na innych planach
filmowych, na siłowni, biorąc śluby, rozwodząc się, jedząc hummus i martwiąc
się łysiną. Renton powracający z Amsterdamu, gdzie pracował jako księgowy, a
tak naprawdę kisił się w rutynie z dala od domu, aż minęło 20 lat i impulsem do
powrotu był rozwód i pragnienie rozliczenia się z przeszłością? No nie wierzę w
to. Pojawia się w tym Edynburgu z dupy i oni wszyscy są tam z dupy, ten Spud załamany,
wiecznie zarzygany, Begbie, który stracił całą werwę i wygląda jak sympatyczny
dziadzio z motyką na działeczce, a przecież siedzi 20 lat w więzieniu i akurat
kiedy Renton wraca ten postanawia spierdolić, bo do rozwoju akcji potrzebny
jest jakiś konflikt. Sick Boy, że niby teraz już Simon, jest karykaturą samego
siebie, nikt nie jest w stanie wciągać tyle kokainy i przeżyć. Nie po 40tce.
Boyle szyje tę narrację czasami ze sporym nawet wdziękiem, próbując
uwspółcześnić swoją wizję lat 90tych, jest CCTV z kradzieży sklepowych, jest
bieg, tym razem na siłowni, są retrospekcje łaskoczące widza sentymentem
dzieciństwa i przynależności , jest monolog CHOOSE LIFE, który w ustach kolesia
w wieku średnim brzmi już zupełnie inaczej i traci moc manifestu, jest też
soundtrack nachalnie powtórzony i zremiksowany z oryginału, jakby Boyle rękami
i nogami się zapierał, że nie ma zamiaru odtworzyć sukcesu pierwowzoru, że jest
to tylko podróż sentymentalna i rozrachunek gówniarzy, którzy dorośli. Jest
jeszcze druga opcja, mniej wesoła, że może ja się po prostu boję? Film, do
którego wracam, przypominając sobie swoje pierwsze filmy z VHS, pierwsze
zapamiętane nazwiska reżyserów, pliki ściągane tygodniami z emule aż pasek
postępu śnił ci się po nocach – te pierwsze wielkie filmowe przeżycia, gdzie jednym
z nich było „Trainspotting” – przypomina mi radość, którą ktoś atakuje –
atakuje – sequelem oglądanym po 30tce. To ma jakiś związek z nadzieją. Nawet
jeśli jesteś obleśnym ćpunkiem, nie kontrolujesz swojego zwieracza, to skala
wyrządzonej przez ciebie i tobie krzywdy nie przesłania ci jeszcze widoków na
przyszłość. „(…) gdy wiedza zniszczyła mój naiwny zachwyt” – jak pisze Joanna
Bator – jest już trochę inaczej, towarzyszy ci ciężar, widmo cierpienia,
śmierci, samotności i pustki, nijakości, bylejakości. Nie jesteś już bogiem,
nie jesteś w zasadzie szczególnie ważny, twoi rodzice nie żyją, a jeśli żyją to
myślisz o nich ze współczuciem i nawet jeśli jesteś akurat szczęśliwy to w ten
lekko otępiający, dorosły sposób, wyrosły na świadomości ograniczeń, które
ustawia przed tobą życie jak przeszkody w biegu przez płotki. I o jezu jak ten
film tym atakuje, tą różnicą między młodością a dorosłością, tą przepastną,
galaktyczną wyrwą. Może to jest jednak główna, podskórna oś konfliktu napędzającego
„Trainspotting 2”, rozczarowanie, zawiedzione zaufanie, wiedza, która nie
pozwala ci się już przywiązać do myśli o pławieniu się w szczęściu czy
dobrobycie, bo to wszystko jest nietrwałe i złudne? Idea przyjemności
przeplatana coraz większą nudą, emocjonalną stałą nie skaczącą wyżej niż o 2
stopnie, twój pociąg wiezie cię
nieuchronnie tam, gdzie wiezie wszystkich, a ty możesz próbować życiu wyszarpać
jeszcze trochę słodyczy, której zawsze już będzie ci za mało. Czy nie, czy może
się mylę? Może to jest tak naprawdę o tym i dlatego się to tak ciężko ogląda?
„Trainspotting
2” to film, który budzi we mnie złość. Ale też tęsknotę, taką co boli i o
której wolę na co dzień nie pamiętać. Wspomnienia kiedy siedziałam na trawie za
działkami, w pierwszy ciepły wiosenny dzień, i jarałam się na zabój Angeliną
Jolie i Kubrickiem. Siedziałam tam z kolesiem, który nie jest już moim
przyjacielem. I patrzyliśmy na pociągi.
Subskrybuj:
Posty (Atom)












































